Ramos, znaczy kapitan

Można go nie lubić. Można go nie znosić. Ba, można go nawet szczerze nienawidzić. Są i tacy. Można nazywać go boiskowym rzeźnikiem, brutalem, czy nawet chamem. Można wyśmiewać jego pokaźną kolekcję czerwonych kartek. Można deprecjonować jego klasę. Można być zwolennikiem umiejętności Beckenbauera, Maldiniego, Baresiego czy Puyola. Wszystko to można. Ale jednej rzeczy absolutnie nikt na świecie nie ma prawa mu odmówić. Mianowicie – idealnego spisywania się w roli kapitana instytucji tak potężnej i przytłaczającej jaką jest Real Madryt.

To była katastrofa. Chyba nikt się tego nie spodziewał, a nawet jeśli kilku takich „Nostradamusów” było, to na pewno znajdowali się oni w znacznej mniejszości. Real przegrał na własnym terenie 0:1 z jeszcze niedawno występującym na drugim poziomie rozgrywkowym Cádizem. Cała drużyna zaprezentowała się co najmniej żenująco. Niegrzeszący już od jakiegoś czasu formą 35-letni Álvaro Negredo robił z defensywą madrytczyków co chciał. Owa porażka nie była jednak wówczas największym zmartwieniem Zinédine’a Zidane’a. Jakie więc było największe? Otóż zejście w przerwie spotkania Sergio Ramosa. Pod znakiem zapytania stanął jego występ w dwóch bardzo ważnych meczach – z Szachtarem Donieck w pierwszej kolejce Ligi Mistrzów i, no właśnie, w wielkim El Clásico. Realowi po niechlubnej porażce z beniaminkiem zajrzało w oczy widmo utraty swojego lidera w tak znaczącym momencie. Z Szachtarem ostatecznie nie zagrał i wiemy jak to się skończyło…

Wobec tego jak haniebnie mistrzowie Hiszpanii zaprezentowali się z „Górnikami”, fani i eksperci drżeli o los ekipy ze stolicy w zbliżającym się wielkimi krokami starciu z odwiecznym rywalem. Na szczęście „Cesarz” wrócił i poprowadził „Los Blancos” do wspaniałego triumfu (było to dla niego 45. El Clásico we wszystkich rozgrywkach, jest rekordzistą pod tym względem). Chyba nie chciał doprowadzić do tego, by ominęła go pierwsza w karierze konfrontacja Realu z Barceloną. Jak do tej pory, brał udział we wszystkich odkąd występuje w białej koszulce. I w tym spotkaniu był po prostu wszędzie – robił swoje we własnym polu karnym oraz w jego obrębie, a także stwarzał, nomen omen, realne zagrożenie pod bramką przeciwnika. Wywalczył rzut karny, który sam zamienił na gola. Była to 25. jedenastka z rzędu wykorzystana przez hiszpańskiego defensora. Ostatni raz pomylił się on we wrześniu 2018 roku. A gdyby w 87. minucie wykazał się odrobinę większą precyzją lub Neto byłby tego dnia w nieco gorszej dyspozycji, to mógł skończyć mecz z dubletem. Z tyłu trzymał w ryzach całkiem dobrze radzącą sobie z piłkarzami Barçy formację obronną „Królewskich”. Leo Messiego schował sobie do kieszeni. No, może oprócz tej jednej sytuacji, w której Argentyńczykowi udało się go minąć zwodem na „zamach”. Kwintesencją jego nieprzeciętnego występu była natomiast akcja z doliczonego czasu gry, kiedy genialnie „wyczyścił” kapitana „Blaugrany”. Ramos zagrał w sobotnim Klasyku naprawdę fenomenalnie. W pełni zasłużył na miano MVP tej potyczki i pokazał, że znaczy dla Realu Madryt więcej, niż się nam wszystkim wydaje. Udowodnił również, że jest godzien stawiania go w jednym szeregu z najwybitniejszymi defensorami w historii futbolu. Ale mnie osobiście akurat co innego najbardziej rzuciło się w oczy. Mianowicie to, że aktualnie nikt, ale to nikt, żaden socio, żaden były zawodnik, żaden prezes, ani nikt inny nie uosabia lepiej ducha „madridismo” niż on.

Ramos to nie tylko liczby, wślizgi i odbiory. Ramos to dusza tej drużyny. Najlepiej jest to widoczne właśnie wtedy, gdy z różnych względów brakuje go na murawie. Gubią się wtedy wszyscy, zupełnie jakby zawodnicy zapominali co leży w naturze wykonywanego przez nich zawodu. Mistrz świata z 2018 roku, Raphaël Varane, bez 34-latka u swojego boku wygląda jak dziecko we mgle. Nie ma „taty” Sergio, to i nie ma Varane’a w formie. Z wychowankiem Sevilli w składzie, „Los Merengues” wyglądają lepiej nie tylko w obronie, ale i w ataku. Po odejściu Cristiano Ronaldo w 2018 roku 175-krotny reprezentant Hiszpanii nie raz i nie dwa brał na siebie odpowiedzialność za poczynania ofensywne drużyny. Wspomaga go w tym procederze Karim Benzema, który z racji swojego ustawienia na boisku tych trafień ma jednak więcej. Czy dużo więcej? To już kwestia tego, ile dla kogoś to „dużo”. W zeszłym sezonie Ramos zdobył 11 bramek w La Lidze i był drugim najlepszym strzelcem ekipy, podczas gdy Francuz zanotował o 10 trafień więcej. We wszystkich rozgrywkach strzelił łącznie 13 goli. W ramach przypomnienia nadmienię tylko, iż niezmiennie rozmawiamy o środkowym obrońcy. Ale te 99 goli w barwach Realu chyba nie wzięło się znikąd, prawda? Jasne, że nie. Hiszpan jest inspiracją dla wszystkich swoich kolegów i nikt nie potrafi ich tak skutecznie zmotywować jak on. Z nim na murawie „Królewscy” są w stanie „latać” i grać na miarę wyjątkowo wygórowanych oczekiwań madryckich kibiców. Osobliwym w całej tej historii jest fakt, iż Ramos nie jest wychowankiem 13-krotnych klubowych mistrzów Europy, więc, czysto teoretycznie, nigdy nie miał we krwi królewskiego DNA. Urodził się w Camas, a pierwsze kroki w futbolu stawiał w Sevilli. Człowiek przychodzący na Estadio Santiago Bernabéu z klubu, który zawsze bardzo gorąco przyjmuje Real na swoim terenie i, eufemistycznie rzecz ujmując, nie czuje wobec niego ogromnej sympatii, stał się jego prawdziwą legendą. Stał się kontynuatorem tradycji wspaniałych kapitanów. Tradycji zapoczątkowanej po tej stronie Madrytu przez Miguela Muñoza, który potem zyskał również miano najbardziej utytułowanego trenera w historii klubu i dzierży je do dziś. Tradycji podtrzymywanej przez ikony „Blancos” – Amancio, Pirriego, Santillanę, czy w czasach już dużo bardziej nam współczesnych przez graczy tak znamienitych, jak Fernando Hierro, Raúl González oraz Iker Casillas. Aż po Sergio Ramosa. Kapitana wybitnego i jedynego w swoim rodzaju. Będącego na najlepszej drodze do tego, by zostać w Realu Madryt bezapelacyjnym kapitanem wszech czasów.

Dzień odejścia Sergio Ramosa z Madrytu lub zakończenia przez niego kariery będzie na pewno dniem żałoby dla wszystkich madridistas. Na miejscu Florentino Péreza przede wszystkim bez zastanowienia przedłużyłbym z nim kontrakt i zacząłbym także szukać jakiegoś szarlatana, szamana albo innego Panoramiksa będącego w posiadaniu magicznego napoju przedłużającego datę przydatności bądź czegoś w rodzaju eliksiru młodości. Ale tak patrząc na Ramosa, czy jemu jest to w ogóle potrzebne? Wydaje się, że pogra do tego magicznego 40. roku życia. Kto wie, może nawet i dłużej? Lepszego generała na te trudne czasy wymiany pokoleniowej i niepewności związanej z szalejącą pandemią Real nie mógł sobie wymarzyć. To pewne. Bo Ramos, to znaczy kapitan.

Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o