Madryt, mamy problem

Real Madryt przegrał 2:3 z grającym w na wpół młodzieżowym składzie Szachtarem Donieck. Była to druga porażka „Królewskich” z rzędu. Po fatalnym meczu z Cádizem mistrzowie Hiszpanii nie wyciągnęli żadnych wniosków i znów zaprezentowali się poniżej wszelkiej krytyki. A już jutro El Clásico.

Gra Realu wcale nie wygląda tak źle. Ona wygląda bardzo źle. Kibice powoli tracą już cierpliwość i mają zwyczajnie dość tej wszechobecnej nieudolności, która ogarnęła ich pupili. Narzekania na styl gry Madrytu były słyszalne już w końcówce poprzedniego sezonu, ale zdobyte mistrzostwo niejako zamknęło usta malkontentom i dawało Zidane’owi solidny argument do tego, by do złudzenia powtarzać, że wszystko jest w porządku. Stołeczna drużyna do złudzenia zaczęła przypominać swojego rywala zza miedzy, hołdującego minimalizmowi i żelaznej postawie w obronie. Ilość strzelanych przez madrytczyków goli spadała wprost proporcjonalnie do widowiskowości ich gry. Większość spotkań kończyła się rezultatem 1:0, a to jedno, jedyne trafienie nierzadko padało po uderzeniu z wapna Sergio Ramosa. Ale 34. mistrzostwo wylądowało w klubowej gablocie, więc prócz odpadnięcia z Manchesterem City w 1/8 finału Ligi Mistrzów, to teoretycznie nie było większych powodów do marudzenia. Co nie zmienia faktu, że 13-krotnemu klubowemu mistrzowi Europy grać w ten sposób po prostu nie przystoi.

No dobra, ale tak jak już wspomniałem – styl stylem, ale punkty wpadały. Zupełnie inaczej niż teraz. Obecnie nie ma ani ładnej dla oka gry, ani punktów. Ładnej gry nie ma już od bardzo dawna, a punktów od tych dwóch spotkań. Jeśli ktoś miał tę wątpliwą przyjemność oglądać w ostatnim czasie mecz Realu, doskonale wie o czym mówię. Formuła jaką sztab trenerski „Los Blancos” uznał w poprzednich rozgrywkach za słuszną zaczyna zawodzić. Przegraną z Kadyksem, chociaż w miernym wykonaniu, dałoby się jeszcze jakoś przełknąć i wytłumaczyć. Ale to, co podopieczni mistrza świata z 1998 roku zaprezentowali w środę przekroczyło już wszystkie możliwe granice dobrego smaku. Wielu kibiców nie było w stanie tego zdzierżyć i dało upust swojej złości w internetowych komentarzach. I w sumie to niech się zawodnicy Realu cieszą, że zrobili to tylko w taki sposób, bo gdyby fani byli na trybunach, to nawet fakt gry na znacznie mniejszym od Santiago Bernabéu Estadio Alfredo Di Stéfano nie uchroniłby ich przed niemiłosiernymi gwizdami. Sympatyków madryckiej ekipy chyba najbardziej może boleć postawa oraz stosunek ich ulubieńców do zaistniałej sytuacji. Postawa niegodna tego herbu i tej koszulki. Postawa wyrażająca brak szacunku dla milionów ludzi na całym świecie zasiadających za każdym razem przed telewizorem z wielką wiarą w zwycięstwo swojego ukochanego klubu. Zero chęci, zero zaangażowania, zero walki. Francuski menedżer powinien zacząć regularnie puszczać swoim piłkarzom mecze Korony Kielce za kadencji Leszka Ojrzyńskiego lub pierwszej kadencji Macieja Bartoszka, czyli za czasów słynnej „bandy świrów” i nazywanej przez niektórych „bandy świrów 2.0”. Może wtedy pojęliby czym jest poświęcenie i „gryzienie trawy”. W konfrontacji z „Górnikami” gracze „Królewskich” wyglądali jak ospałe po zabiegu kastracji kocury. Nieprzypadkowo przemyciłem tu właśnie takie, a nie inne porównanie, bo tego, co Hiszpanie wdzięcznie nazywają „cojones” ewidentnie Marcelo i spółce zabrakło.

Reakcja jest potrzebna natychmiast. Tu nie ma czasu na zwłokę. Okienko transferowe Florentino Pérez już przespał. Oczywiście, ktoś zaraz powie, że pandemia i straty finansowe. Ale inne drużyny potrafiły zagospodarować środki w celu dokonania potrzebnych wzmocnień. Thiago Alcántara, znajdujący się w tym momencie w czołowej trójce najlepszych pomocników na świecie, przynajmniej jak dla mnie, był do wyciągnięcia z Bayernu za naprawdę przyzwoite pieniądze. Patrząc na klasę zawodnika i realia dzisiejszego rynku transferowego, to powiedziałbym, że nawet za grosze. I co? Nie można było się o niego postarać? Można było. Media w pewnym momencie donosiły, że niejaki Memphis Depay jest do wzięcia nawet za „zaledwie” 20 milionów euro. Nie można było się włączyć do negocjacji i sprzątnąć Barcelonie sprzed nosa świetnego napastnika? Można było. Jeśli „Los Merengues” będą wiecznie odkładać banknoty do sejfu z napisem „Mbappé”, to żeby się tylko na końcu nie okazało, że 21-latek ich wykoleguje i albo zostanie w Paryżu, albo przeniesie się gdzie indziej. Szatnię trzeba przewietrzyć. Kadra potrzebuje impulsu. Nowej, świeżej krwi. Teraz będzie odważna teza, a zatem proszę o uwagę. Jeśli Real polegnie w jutrzejszym Klasyku, to „Zizou” pożegna się z posadą trenera. Ot, taka moja mała prywatna teoria. Pérez też ma swoje granice wytrzymałości, nawet mimo ogromnej i nieskrywanej sympatii oraz szacunku jaki żywi do Francuza.

Real Madryt zdaje się od jakiegoś czasu przypominać powolnie tonący okręt. A francuski kapitan owego okrętu zupełnie nie wie, jak powinien na jego nieuchronnie zbliżającą się katastrofę zareagować. To idealny moment dla Zidane’a, żeby zaprzeczyć swoim licznym krytykom i pokazać, że wszystkie jego dotychczasowe sukcesy wcale nie były dziełem przypadku oraz… Cristiano Ronaldo. Graczy „Blancos” na starcie z Barçą specjalnie motywować chyba już nie trzeba. Jak wracać do żywych i udowadniać swoją wartość, to właśnie w takich elektryzujących cały świat rywalizacjach. A jak się nie uda, to zmieniać i reagować. Bo Real Madryt powinien swoją grą przypominać Real Madryt. Wielki Real Madryt. Nie żadne Atlético.

Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o