Ballada o podzielonym na dwa obozy Mediolanie, czyli 226. Derby di Milano

Jest to mecz dokładnie z gatunku tych, na które czeka się miesiącami. Dokładnie ten, którego wypatruje się tuż po oficjalnym ogłoszeniu ligowego kalendarza. Mecz, którym kibice obu klubów żyją co najmniej trzy tygodnie – tydzień przed nim, tydzień, w którym jest rozgrywany i tydzień po nim. Z tymi starciami jest tak, jak z finałami w tym mocno utartym już piłkarskim powiedzeniu – ich się nie rozgrywa, je się wygrywa. I właśnie z takim nastawieniem piłkarze jednej i drugiej ekipy wybiegną dziś na murawę monumentalnego Stadio Giuseppe Meazza. Jedni z kompletem dziewięciu „oczek” na koncie, drudzy z siedmioma. Jedni z Lukaku, drudzy z Ibrahimoviciem. Jedni z Antonie Conte mierzącym w tytuł mistrzowski w swoim drugim sezonie za sterami Interu, a drudzy ze Stefano Piolim, który chyba w Mediolanie nareszcie odnalazł swoją bezpieczną przystań. Proszę Państwa, przed nami wielkie Derby della Madonnina, czyli Inter vs Milan.

Lepszego momentu na to spotkanie chyba nie mogliśmy sobie wyobrazić. Może trochę wadzi jedynie te przerwa reprezentacyjna, ale i z tym obie ekipy na pewno się uporają. Milan w znakomitej formie, z kompletem punktów i okrąglutkim zerem po stronie straconych goli. A przede wszystkim – z powracającym po zakażeniu koronawirusem Zlatanem Ibrahimoviciem. Inter z zaledwie jednym remisem z Lazio, po strzelaninie z Benevento oraz z zabójczo skutecznym na starcie rozgrywek duetem LuLa. Emocje gwarantowane. W odbiorze całego widowiska zabraknie nam pewnego niezwykle istotnego czynnika – fanów na trybunach. Powiewających flag, gromkich okrzyków, wyraźnie słyszalnych wybuchów radości. Cóż, był czas, by do tego przywyknąć. Nagrany na ścieżce dźwiękowej doping będzie musiał nam wystarczyć. Możemy za to liczyć na to, że zawodnicy obu zespołów nam to zrekompensują i odpalą na murawie prawdziwe fajerwerki. Niczym niegdyś Mario Balotelli w swojej łazience.

Dzisiejsza okładka „La Gazzetta dello Sport” – „Ich wysokość Derby”

Podopieczni Antonio Conte podeszli do sezonu 2020/21 z jasno nakreślonym celem. Scudetto. Nie przejmując się krytyką trener wybierał i dopasowywał sobie odpowiednich graczy, których włodarze nie zawahali się sprowadzić. I wbrew krążącym w środowisku negatywnym opiniom na temat niektórych wzmocnień Interu (szczególnie Aleksandara Kolarova i Arturo Vidala), wydaje się, że mogą one odegrać naprawdę ważną rolę w walce o mistrzostwo. Tym bardziej, że najważniejszy w tym kontekście będzie dla tych piłkarzy czas, którego mnóstwo osób zwyczajnie im nie daje. Wgryzienie się i pełne zrozumienie taktyki takiego speca, jakim niewątpliwie jest Conte nie jest niczym łatwym. Co do tego chyba wszyscy jesteśmy zgodni, prawda? Włoski menedżer nie może narzekać na siłę ognia swojej ekipy. Z przodu ma bowiem dwie prawdziwe armaty w postaci Romelu Lukaku i Lautaro Martíneza. Obaj po trzech meczach bieżącego sezonu mają trzy gole. Już od wznowienia gry po okresie pandemicznej przerwy bardzo obiecująco wyglądał Alexis Sánchez. Jeśli Chilijczyka będą w najbliższym roku omijać kontuzje, to może stać się solidnym wsparciem dla wspomnianych wyżej snajperów. Bardzo dobrze na samym początku swojej przygody z wicemistrzem Włoch wygląda także Achraf Hakimi. Jego transfer był swoistym majstersztykiem i w perspektywie czasu, być może nawet krótszej niż się nam wszystkim wydaje, Marokańczyk może stać się jednym z kluczowych i jednocześnie najlepszych graczy w skomplikowanej układance Conte. Co może martwić 51-letniego trenera? Postawa jego piłkarzy w defensywie. Po trzech grach mają aż sześć straconych goli. Wychodzi z tego zatem niezbyt chlubna średnia dwóch straconych goli na mecz. Trzy razy dali się pokonać futbolistom Fiorentiny. No dobra, raz się może zdarzyć. Ale dwa wpuszczone gole z Benevento? Trochę to nie przystoi drużynie z takimi aspiracjami. W trakcie przerwy na kadrę menedżer zapewne położył na to duży nacisk i zwrócił swoim zawodnikom szczególną uwagę właśnie na ten aspekt, nawet tym wybierającym się na zgrupowania. Dzisiejszy przeciwnik „Nerazzurrich” nie będzie miał litości i wykorzysta każdy ich błąd. Warto jednak podkreślić, że Antonio Conte wyjątkowo upodobał sobie derbowe granie z 7-krotnymi triumfatorami Champions League, gdyż nie zaznał jeszcze w tych pojedynkach goryczy porażki. Pewną weryfikacją dla aktualnie czwartej drużyny Serie A była zakończona remisem potyczka z Lazio. Podopieczni Simone Inzaghiego od pewnego czasu nie są już jednak tą samą drużyną, która wprawiała w zachwyt całą Italię. Dlatego pierwszy poważny sprawdzian „Il Biscione” czeka właśnie dziś.

Antonio Conte niemal od razu znalazł wspólny język z Romelu Lukaku. Ich kooperacja jest póki co naprawdę owocna.

W czerwono-czarnej części Mediolanu już dawno nie było aż tylu powodów do zadowolenia na tym etapie rozgrywek. Weźmy na tapet ubiegły sezon. Co prawda po trzech kolejkach Milan miał na koncie sześć punktów i tylko jedną porażkę (w pierwszej kolejce z Udinese), ale za to dokładnie w czwartej serii gier przyszło im zagrać derby z Interem (0:2) i potem działo się już tylko gorzej, co doprowadziło do zwolnienia Marco Giampaolo. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – drużynę przejął Stefano Pioli i wtedy coś drgnęło. A po styczniowym powrocie do swojego „drugiego domu” pewnego krnąbrnego Szweda oblicze 18-krotnych mistrzów Włoch zupełnie się odmieniło. Do tych derbów „Rossoneri” przystąpią z całkowicie innym nastawieniem, aniżeli rok temu. A co za tym idzie – również z odmiennymi nadziejami. Tifosi mediolańczyków zapewne fantazjują o victorii nad rywalem zza miedzy i starają się wyobrazić sobie, jak by to było po czterech meczach mieć pełną pulę punktową. Mało który z nich byłby w stanie przypomnieć sobie kiedy coś takiego miało miejsce po raz ostatni. Dzisiaj mają oni jednak pełne prawo o tym myśleć. Ich ulubieńcy rozpoczęli nową kampanię z przytupem. Nie grali może z najsilniejszymi ekipami w stawce, ale swoje zrobili. Trzy gry, siedem goli zdobytych, zero straconych. Piłkarze mający być tymi decydującymi nareszcie realnie wzięli odpowiedzialność na swoje barki (Hakan Çalhanoğlu, Franck Kessié), a młodzi gniewni, jak Brahim Díaz, wnoszą potrzebną świeżość i nutę fantazji. Bravissimo. Zlatan i spółka potrafili wygrać nawet wtedy, gdy nie prezentowali się zbyt porywająco, jak na ten przykład w rywalizacji z Crotone. Ba, potrafili zwyciężyć także bez swojego rosłego generała na murawie. Jak było trudno ze Spezią, to impuls dali rezerwowi, którzy wzorowo wykonali swoją robotę. Tym razem „Il Diavolo” wybiegną na boisko z nieprzebraną wiarą we własne możliwości, mając do tego pełne podstawy. Nareszcie nie będą musieli odczuwać wobec swoich odwiecznych wrogów żadnych kompleksów. Do pierwszego składu po kontuzji wrócić ma kapitan, Alessio Romagnoli. Jego obecność tylko dodatkowo pozytywnie naładuje zawodników Piolego. Ale przede wszystkim wszem i wobec należy ogłosić jedno. Jeśli ktoś jeszcze tego nie wie (w co wątpię) – do jedenastki wróci ON. 39-letni „Ibracadabra”, niezmiennie od lat elektryzujący kibiców dookoła globu. Człowiek bezkompromisowy. Swoją drogą, ciekawe ile miałby już trafień, gdyby nie przyszło to pechowe zarażenie. Jak wiadomo, Milan od dawna stał zawodnikami z Ameryki Południowej. Nie raz i nie dwa byli oni głównymi aktorami derbowych spektakli, ale tego sobotniego wieczoru będzie inaczej. Po raz pierwszy od 1998 roku w kadrze „Rossonerich” zabraknie latynoskiego piłkarza. Ma to oczywiście związek z kontuzjowanym Mateo Musacchio oraz z wciąż chorym na COVID-19 Léo Duarte. Ci dwaj defensorzy, z całym szacunkiem dla nich, wielkiego wpływu na mecz i tak by raczej nie mieli, więc chyba nie mamy specjalnie czego żałować. Milan pragnie nareszcie powrócić na utracone przed kilkoma laty miejsce we włoskim i światowym futbolu, a takie starcia stanowią idealną wręcz okazję do tego, by udowodnić, że ten moment wreszcie nadszedł.

Zlatan będzie chciał poprowadzić „Rossonerich” do pierwszego zwycięstwa z Interem od czterech lat.

Dwaj mediolańscy gladiatorzy spotkają się ze sobą w absolutnie optymalnym dla siebie momencie. Żaden z nich za wszelką cenę nie będzie chciał dopuścić do klęski. Będzie walka, będzie krew, pot i wcale niewykluczone, że będą też łzy, ale wylewane raczej przez kibiców. Jedni i drudzy przystępują do dzisiejszej bitwy z wielkimi nadziejami i potwornymi apetytami na końcowy sukces. Czerwono-czarni zostaną poprowadzeni do boju przez człowieka, który swoją sprawność ruchową odważnie przyrównuje do tej, jaką posiadał Bruce Lee. Czarno-niebiescy z kolei przez człowieka swoją sylwetką przypominającego bardziej pięściarza wagi ciężkiej, niż piłkarza. W przypadku spotkania takiej rangi naprawdę nie sposób uniknąć tego typu porównań. Serie A sukcesywnie odzyskuje swoją pozycję i stara się równać do Premier League i La Ligi. Wraz z nią swój status odzyskują też takie batalie jak ta dzisiejsza. Kurtyna w górę, aktorzy na scenę! Pojedynek o piłkarski prymat w światowej stolicy mody niechaj wygra lepszy!

Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o