Co z tą Legią jest nie tak?

Po raz kolejny wielkie nadzieje kibiców rozbudzone przed sezonem niezłymi (czy aby na pewno?) transferami i szumnymi zapowiedziami właściciela, można bestialsko wyrzucić do kosza. Od sezonu 2016/17, czyli dokładnie tego, w którym Legia po raz ostatni miała okazję reprezentować nasz kraj na europejskiej arenie, tylko wydłuża się lista pucharowych klęsk stołecznej ekipy. W obliczu tegorocznego awansu Lecha Poznań ból i wstyd „Legionistów” winien być podwójny.

Jeszcze całkiem niedawno wszyscy zastanawialiśmy się czy będzie nam dane przed finiszem naszej ziemskiej wędrówki znów ujrzeć polską drużynę w Lidze Mistrzów. Udało się. Te cztery lata temu „Wojskowi” pod wodzą Jacka Magiery zaprezentowali się w fazie grupowej Champions League naprawdę solidnie. A nie grali z byle kim. Real Madryt, Borussia Dortmund i Sporting Lizbona samymi swoimi nazwami i bogatą historią robią piorunujące wrażenie. Legia jednak była w stanie rozegrać szaloną partię z Borussią, zremisować u siebie z Realem (późniejszym triumfatorem tamtej edycji) i nawet wygrać z Portugalczykami, zapewniając sobie tym samym trzecie miejsce w grupie i grę w Lidze Europy. Tamta Legia, Legia Jacka Magiery, była najlepszą Legią jaką kiedykolwiek widziałem. Polot, zaangażowanie, jasno zarysowana taktyka. Każdy wiedział co ma na boisku robić. A nawet kiedy wypadało zaimprowizować, to i to wychodziło, bo z „elką” na piersi występował wówczas jeden z najlepszych zagranicznych piłkarzy w historii naszej ligi – Vadis Odjidja-Ofoe. Dlaczego więc po takim, no w naszych realiach to chyba śmiało można powiedzieć, że sukcesie, włodarze mistrzów Polski nie poszli za ciosem? Dlaczego za wszelką cenę nie starali się zatrzymać kluczowych graczy (czytaj: Nikolić, Prijović, Vadis) i dodatkowo wzmocnić zespół nowymi nazwiskami? Nie wiem. I chyba nikt tego nie wie. Może oprócz ówczesnego szefostwa klubu. Coś ewidentnie wtedy poszło nie tak i szansa na wpisanie się na stałe do wielkiej, europejskiej piłki, przynajmniej na etapie grupy, przepadła.

Szansa przepadła, pieniądze za grę w Champions League rozeszły się w szerzej nieznanych kierunkach i trzeba było dalej dryfować jedynie po wąskich wodach naszej rodzimej Ekstraklasy. Legia oczywiście zdobywała kolejne tytuły, z wyjątkiem sezonu 2018/19, gdy najlepszy w stawce okazał się Piast, ale kolejne porażki eliminacyjne z klubami ze Słowacji, Luksemburga czy Kazachstanu chluby „Wojskowym” na pewno nie przynosiły. Razem z tym w parze nieodłącznie szły ciągłe zawirowania i zmiany, które korzystnego wpływu na funkcjonowanie klubu nie miały. Wystarczy powiedzieć, że przy Łazienkowskiej trener z półrocznym stażem na ławce to już nie lada zjawisko. Wydawało się, że człowiekiem, który spędzi dużo dłuższy czas na tym stanowisku będzie Aleksandar Vuković, były piłkarz Legii, znający klub od podszewki i posiadający to słynne legijne DNA, o którym tak wiele się już powiedziało i napisało. Ale nic z tego. „Vuko” poleciał ze stołka, a w jego miejsce sprowadzono uważanego za jednego z najlepszych polskich fachowców Czesława Michniewicza. I jeżeli Panu Mioduskiemu czy komukolwiek innemu wydawało się, że 50-latek w półtora tygodnia odmieni oblicze zespołu i sprawi, że ten zacznie grać koncertowo, to się ten ktoś grubo mylił.

Na to potrzeba, uwaga, tylko i aż czasu(!). Właśnie dlatego akurat trenera winiłbym tutaj najmniej. Jest mi go również zwyczajnie po ludzku szkoda, bo zaczyna swoją przygodę z rzekomo najlepszą ekipą w Polsce od takiego falstartu. Na drugim miejscu postawiłbym piłkarzy, bo mimo wszystko to oni wybiegają na murawę i to w ich nogach są losy każdej potyczki. A na pierwszym włodarzy. Ryba psuje się od głowy, jak to mówią. Jeżeli Legia nie nakreśli sobie jakiegoś naprawdę porządnego planu na samą siebie i nie zacznie go konsekwentnie realizować, to nadal będzie tkwiła w tym marazmie. Takich przykładów wcale nie trzeba daleko szukać, bo jest się na kim wzorować nawet w naszej lidze. Mam na myśli przywołanego już wcześniej „Kolejorza”. Postawili na młodych, perspektywicznych Polaków? Postawili. Dołożyli do tego kilku doświadczonych zawodników, jak Tiba, Ramírez, Bednarek czy Ishak? Dołożyli. A jak w minionej kampanii się poznaniakom nie wiodło, to nikt pochopnie nie podjął decyzji o zwolnieniu Dariusza Żurawia. Jak menedżer odpłacił się za to zaufanie klubowym władzom wiemy doskonale – wprowadzeniem klubu do fazy grupowej Ligi Europy. Można? Można.

Oczywiście nie chodzi tutaj też o to, żeby teraz warszawiaków zlinczować, bo w niczym to nie pomoże i do niczego nie doprowadzi. Jednakże na pewne, zwłaszcza tak znaczące kwestie trzeba zwrócić uwagę. To rola nas wszystkich – kibiców, sympatyków, dziennikarzy, ekspertów, a nawet samych piłkarzy. Mniej więcej tak, jak zrobił to wczoraj po końcowym gwizdku Joel Valencia. Niezależnie od tego, czy ktoś Legię lubi, czy też nie. Bo tu nie chodzi wyłącznie o dobro warszawskiej drużyny. W tym momencie gra toczy się o dobro całego polskiego futbolu. Musimy zrozumieć i wziąć sobie to do serca wszyscy. Natomiast osoby za Legię bezpośrednio odpowiedzialne – szczególnie.

Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o