Mediolańska utopia magnata i rewolucjonisty, czyli wielkiego Milanu historia prawdziwa

Dziś, pomijając walory estetyczne, we włoskim futbolu bezkompromisowo rządzi i dzieli Juventus. Dziewięć mistrzostw z rzędu mówi samo przez siebie. Ale to nie „Bianconeri” wiedli prym na Półwyspie Apenińskim na przełomie lat 80. i 90. Nie robił tego także Inter Mediolan, który swoją złotą erę przeżywał, dawniej, pod wodzą Helenio Herrery, a dużo bardziej współcześnie – za kadencji José Mourinho. Mocne wówczas było Napoli, ale to również nie zespół spod Wezuwiusza rozkochiwał w sobie kibiców na całym świecie. Nie była to także Roma ani Lazio. Duszami i umysłami fanów władały w tamtym czasie czerwono-czarne barwy. Mediolańczycy (oczywiście ci wspierający Milan) do dziś są wdzięczni pewnemu włoskiemu, potwornie bogatemu przedsiębiorcy za to, że gdy w oczy ich ukochanego klubu realnie zajrzało widmo bankructwa, to pojawił się właśnie on. Niczym rycerz w lśniącej zbroi na białym koniu. Owy rycerz wydatnie przyczynił się do odzyskania przez „Rossonerich” dawnego blasku. Dopomógł mu w tym trener znikąd, wyjęty przez niego niczym królik z kapelusza. Ci dwaj Panowie stali się głównymi architektami drużyny, którą z rozrzewnieniem wspominamy po dziś dzień. Il Grande Milan – historia prawdziwa.

Silvio Berlusconi. Nie trudno było się tego nazwiska domyślić, ale dopełnijmy formalności. Spokojnie można zaryzykować stwierdzenie, że Berlusconi zmienił bieg historii futbolu. Gdyby nie on, nie byłoby tej wspaniałej piłkarskiej potęgi. Gdyby nie on, być może nie byłoby wielu biznesmenów inwestujących bajońskie sumy w kluby piłkarskie. To właśnie on przetarł im szlaki. Robił swoje mimo krytyki niemal całego środowiska. Wziął na swoje barki Milan uwikłany w tarapaty finansowe i wciąż pokutujący za udział w słynnej aferze „Totonero”, związanej z ustawianiem meczów. Kara jaka spotkała mediolańczyków za ten błąd była niezwykle dotkliwa. Zostali po raz pierwszy w swojej bogatej i chwalebnej historii zdegradowani do Serie B. Pocieszeniem, choć na pewno marnym, może być towarzystwo w owej niedoli rzymskiego Lazio. Miało to miejsce w roku 1980. Dwa lata później znowu polecieli w dół, ledwie sezon po powrocie do najwyższej klasy rozgrywkowej. Od 1983 roku „Rossoneri” już nieprzerwanie występują w Serie A. Powrót nastąpił, owszem. Ale powrót na szczyt to już zupełnie inny kawałek chleba. Grazie a Dio, trafił się ktoś, kto wiary w tak znamienitą piłkarską spuściznę nie stracił. Ktoś, kto miał pieniądze, chęci i czas. Czy Berlusconi ryzykował dużo takim ruchem? Może i tak, ale on wymazał ze swojego słownika frazę: „porażka”. Obejmował stery Milanu z kursem z góry nastawionym na sukces. Nie brał pod uwagę innego scenariusza. Z takim zapałem i przekonaniem, to po prostu musiało się udać. Szczególnie jeśli w tamtym momencie na koncie włoskiego milionera (a może nawet miliardera?) było tyle zer, że nawet on sam miał problem, żeby się ich doliczyć. Berlusconi doskonale wiedział czego chce. Dla niego nie było półśrodków. Przychodził do „Il Diavolo” z łatką medialnego magnata, by wkrótce stać się także magnatem piłkarskim. Nie bał się wdrażać swoich innowacyjnych pomysłów w życie. Tak jak tego z 1987 o zatrudnieniu zupełnie anonimowego dla szerszej publiczności trenera.

Silvio Berlusconi. Zastał Milan drewniany, a zostawił murowany.

W kampanii 1986/87 „Rossoneri” zostali wyeliminowani z Pucharu Włoch przez drugoligową Parmę. Na ławce trenerskiej parmeńczyków zasiadał w owym czasie niejaki Arrigo Sacchi. Gra jego zespołu zrobiła na sterniku Milanu tak uderzające wrażenie, że ten postanowił powierzyć losy swojej drużyny właśnie w jego ręce. Ot, taki sobie kaprys bogatego właściciela. Historia pokazała, iż był to kaprys niewiarygodnie wręcz opłacalny. Między Berlusconim a Sacchim coś zaskoczyło, coś zagrało. Odnaleźli siebie niczym Noah i Allie w znakomitym filmie Nicka Cassavetesa pt. „Pamiętnik”. Pochodzili z dwóch różnych światów, a jednak okazało się, że pasują do siebie jak dwa brakujące elementy skomplikowanej układanki. Zupełnie jak główni bohaterowie wyżej wymienionej produkcji kinowej. Berlusconi – wizjoner z głową pełną pomysłów i nietuzinkowym spojrzeniem na futbol. Sacchi – pewny siebie, bezkompromisowy innowator, chcący swoją filozofią zaskoczyć i wprawić w podziw cały piłkarski świat. Kiedy zaczynał pracę w mediolańskim zespole miał 41 lat. Natomiast swój romans z trenerką rozpoczął już w wieku 26 lat. Dlaczego tak wcześnie? Ponoć był słabym graczem i w związku z tym postanowił spróbować swoich sił z drugiej strony boiska. Wielokrotnie poddawano w w wątpliwość jego przeszłość i zarzucano mu brak doświadczenia wyniesionego z murawy. Zresztą są tacy, którzy cały czas mu to zarzucają. Pewnego razu Sacchi, zmęczony już ciągłymi pytaniami dziennikarzy o jedno i to samo, na enty tego typu tekst, odpowiedział: „Nie sądziłem, że by zostać dżokejem, musisz najpierw być koniem”. Cytat ten przeszedł do historii. Ponadto idealnie oddaje podejście menedżera do tej kwestii.

Arrigo Sacchi objaśniający piłkarzom swoje założenia taktyczne.

Sacchi postanowił nie marnować czasu. Zakasał rękawy i poważnie wziął się do roboty. Należy nadmienić, że wraz z nim na San Siro zawitali Marco van Basten oraz Ruud Gullit. Ale o tym później. 41-letni Włoch zaniechał i odrzucił praktycznie na samym początku coś, co dla wszystkich Włochów kochających calcio było wręcz świętością, czyli słynne „catenaccio”, które w dosłownym tłumaczeniu oznacza „rygiel”. A w tym mniej dosłownym to system taktyczny skupiający się niemal w 100% na defensywie, faulach taktycznych oraz kontratakach. Wymyślony przez austriackiego szkoleniowca Karla Rappana, Włochom znany dzięki Nereo Rocco, a rozsławiony w ich kraju przez wspomnianego już we wstępie, mitycznego Helenio Herrerę i jego Inter. Samo to już jakoś się gryzie. Taktyka, która sprawdziła się u największego rywala miała pomóc Milanowi? Nie, nie, nie. To nie mogło się udać. Tym bardziej, że wielki Arrigo był zwolennikiem futbolu totalnego. Czyli, w skrócie, zawsze i wszędzie, niezależnie od okoliczności, mamy grać ładnie i wygrywać wysoko. Taka trochę piłkarska utopia. Ale żeby to się udało i miało ręce i nogi, to należało zarządzić zmiany.

Jedenastka, która 24 maja 1989 roku wybiegła na murawę Camp Nou, by walczyć ze Steauą Bukareszt o Puchar Europy. W górnym rzędzie od lewej: Maldini, van Basten, Gullit, Ancelotti, Rijkaard, Galli. W dolnym rzędzie od lewej: Baresi, Donadoni, Costacurta, Colombo, Tassotti.

I zarządzono. Chyba najważniejszą z nich było wprowadzenie morderczych treningów. Jeśli całe to działanie miało w przyszłości zaprocentować, to po prostu nie było innego wyjścia. Legendą obrosła „klatka” zbudowana w ośrodku treningowym Milanu na polecenie Sacchiego. „Klatka”, czyli takie mini-boisko. I może nie byłoby w nim wcale nic takiego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż jest (bo istnieje do dzisiaj) otoczone 2,5 metrowym murem. Jednak chyba najbardziej rzuca się w oczy bocianie gniazdo przy jednej ze ścian muru. Włoch zasiadał w nim z megafonem i obserwował poczynania swoich podopiecznych. Ci w szaleńczym, nieludzkim tempie przez określony czas biegali za piłką i wysłuchiwali poleceń albo może raczej rozkazów swojego szefa. Oczywiście najczęściej słyszaną przez nich komendą było: „Più veloce!”, czyli: „Szybciej!”. Sacchi nie wiedział co to litość. Wspominałem wcześniej, że Berlusconi nie znał półśrodków, prawda? Dla Sacchiego one również nie istniały. I wcale nie bał się tego, że zostanie to negatywnie odebrane przez jego piłkarzy. Zapewne nie raz i nie dwa widział w ich oczach po kolejnej bestialskiej sesji treningowej, że, gdyby tylko mogli, to najchętniej rozszarpaliby go na strzępy. Ale on zwyczajnie nic sobie z tego nie robił. Wiedział, że roztacza wokół siebie aurę, której głównymi elementami składowymi są olbrzymia charyzma i kolosalna estyma. Dodatkowo był świadom pełnego poparcia u swojego pryncypała. Można powiedzieć, iż był wówczas uosobieniem powiedzenia, że niemożliwe nie istnieje. Wymagał żelaznej dyscypliny. Musiało być tak, jak on chciał. Nie inaczej. Nie uznawał także w żadnym wypadku tzw. „świętych krów”. Kiedy podpadł mu van Basten czy Gullit, nie miał oporów przed posadzeniem ich na ławce. Cóż, tak silny charakter w roli menedżera i wielkie osobowości z nad wyraz wybujałym ego w szatni, musiały generować kłótnie czy konflikty. Ale nie o tym mieliśmy tutaj deliberować. To w końcu opowieść o zrodzonym w bólach, trudach i pogardzie ze strony rywali, ale jednak sukcesie.

Sacchi ze swoją genialną holenderską trójką, czyli z Gullitem, van Bastenem i Rijkaardem.

To teraz trochę o tym sukcesie. Tamten Milan był zjawiskiem. Fenomenem, niczym późniejszy indywidualny fenomen Ronaldo Luísa Nazário de Limy. Chociaż akurat porównywanie jakiejś indywidualności, nawet tak genialnej i nieokiełznanej jak Brazylijczyk, do ekipy Sacchiego jest co najmniej nie na miejscu. Wszak łebski Arrigo nienawidzi tego typu spojrzenia na futbol. Dla niego liczyła się wyłącznie grupa. To ona miała miejsce nadrzędne i naznaczona była priorytetem. Być może właśnie dzięki temu zbudował drużynę urodzonych zwycięzców, w której każdy zawodnik harował jak za trzech? W tym zespole występowali Galli, Baresi, Maldini, Ancelotii, Donadoni, Gullit, Rijkaard, van Basten czy Massaro. To bez wątpienia nazwiska, którymi można by obdarować nawet kilka klubów. Tymczasem każde z tych wyżej wypisanych biegało po boisku właśnie w czerwono-czarnych trykotach. To był istny gwiazdozbiór. Mimo to, każda z tych gwiazd dobrze znała swoje miejsce w pieczołowicie układanej przez Sacchiego konstelacji. Takie nastawienie poprowadziło „Il Diavolo” do pierwszego od dziewięciu lat scudetto, zdobytego już w premierowym sezonie pracy urodzonego w Fusignano trenera. W kolejnych rozgrywkach przyszedł trzeci w historii klubu triumf w Pucharze Europy. Osiągnięty w nie byle jakim stylu, bowiem po pamiętnym półfinałowym dwumeczu z Realem Madryt. Na Santiago Bernabéu padł wynik 1:1, ale prawdziwe fajerwerki Włosi odpalili w rewanżu w Mediolanie, gdzie rozgromili „Los Blancos” aż 5:0. W finale też dali czadu – golkiper Steauy Bukareszt, Silviu Lung, wyciągał futbolówkę z siatki aż cztery razy, podczas gdy jego odpowiednik – Giovanni Galli, nie był do tego zmuszony nawet raz. W rok później Milanowi udało się obronić tytuł najlepszego klubu w Europie. Tym razem w pokonanym polu podopieczni Sacchiego pozostawili Benfiką, wygrywając w finałowym starciu 1:0 po golu Franka Rijkaarda. O geniuszu Sacchiego niech zaświadczy fakt, iż następnym menedżerem, któremu udało się dokonać tej sztuki był Zinédine Zidane, dopiero w 2018 roku. Całościowy dorobek Arrigo Sacchiego na San Siro prezentuje się naprawdę imponująco. Mistrzostwo Włoch, Superpuchar Włoch, dwa Puchary Europy, dwa Superpuchary Europy oraz dwa Puchary Interkontynentalne. Respekt. Zbudował solidny gang, który przez dobre dwa lata trząsł całą Europą. Niewątpliwie położył podwaliny pod drużynę, którą w schedzie po nim przejął Fabio Capello i kontynuując jego dzieło, poprowadził „Rossonerich” do bodaj największego, a na pewno najefektowniejszego pucharowego zwycięstwa 4:0 nad Barceloną w 1994 roku w Atenach. Ostetecznie Sacchi pożegnał się z Milanem w 1991 roku, zostając selekcjonerem reprezentacji Włoch. Na mundialu w USA wywalczył z nią srebrny medal.

23 maja 1990 roku. Wiedeński Praterstadion (obecnie ErnstHappelStadion). „Rossoneri” pokonują Benfikę 1:0 i drugi rok z rzędu unoszą w geście triumfu uszaty Puchar Europy.

Pomimo jego późniejszego epizodu w Atlético Madryt, na zawsze pozostał człowiekiem kojarzonym z Milanem. Innowator, który został zwycięzcą. Futbolowy wynalazca, którego odkrycie w tamtych czasach okazało się być przełomowo i diabelsko perfekcyjną maszyną. Dał Milanowi i Berlusconiemu to, czego od niego oczekiwali – chwałę i tytuły. Wyniósł go na piłkarski Olimp. Takich ludzi się nie zapomina. Tacy ludzie są nieśmiertelni. Berlusconi i Sacchi. Sacchi i Berlusconi, czyli dwaj tacy, co uczynili Milan wielkim.

Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o