Bo trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym, Panie Messi

W pewnych okolicznościach bądź sytuacjach pewnych rzeczy robić po prostu nie wypada. Nie wypada, Panie Messi. Wiem, wiem, to jedno z najbardziej irytujących przeczeń jakie w ogóle istnieją. Ale bywa ono również przydatne.

Na przykład mojej skromnej osobie przyda się przy tym tekście. Wracając, nie tylko wypadkowa kilku zdarzeń skłania nas do przyznania się, że czegoś nie wypada. Bardzo często ogromne znaczenie ma tutaj status danego osobnika. Rola jaką odgrywa w danej grupie, kim jest i co znaczy dla bliskiej swojemu sercu społeczności. A wtedy jest to szczególnie ważne. Wszak jeśli ktoś cię podziwia, jest w ciebie wpatrzony jak w obrazek, by nie powiedzieć, że obchodzi się z tobą jak z bóstwem, to tym bardziej nie możesz go zawieść. Nie możesz go skrzywdzić. Zwłaszcza po tylu wspólnie spędzonych latach. Latach pełnych wzlotów i upadków, ale jednocześnie latach pięknych i niezapomnianych. Nie możesz zostawić ich samych, kiedy jesteś dla nich jednym z niewielu płomyczków nadziei. Nie wypada, Panie Messi.

Nie tak to wszystko powinno wyglądać. Nie tak to wszystko miało wyglądać. Nie oszukujmy się. Ktoś taki jak Lionel Messi, najlepszy gracz w historii FC Barcelony i według wielu najlepszy piłkarz w historii futbolu, winien mieć pożegnanie i rozstanie z klubem swojego życia tak piękne, niczym te Xaviego Hernándeza czy Andrésa Iniesty. Wówczas, przy tych dwóch okazjach, całe Camp Nou szlochało z żalu po decyzjach swoich wybitnych wirtuozów i jednocześnie dziękowało im za lata poświęceń i całą furę radości, którą otrzymali od nich dzięki ich boiskowym wyczynom. Chociaż nie. Cofam to. Wcale nie takie. Jeszcze lepsze. Z jeszcze większą pompą, z jeszcze większym animuszem. I wtedy stolica Katalonii nie byłaby sama w zalewaniu się łzami. Wraz z nią płakałby cały świat. Messi w glorii i chwale wieńczący swoją bajeczną karierę, najlepiej jakimś pucharem, stojący w objęciach rodziny na środku stadionu, na którym przez lata zachwycał, z niekłamanym wzruszeniem narysowanym na jego twarzy słuchający jak blisko 100 tysięcy „culés” skanduje jego nazwisko. Chyba mniej więcej tak sobie to wyobrażaliśmy, prawda? Cóż, czas zweryfikował te jakże chwalebne i podniosłe wizje, degradując je do rangi fikcji literackiej. Bo przecież nie ma pucharu. Nie ma 100 tysięcy kibiców. Nie słychać znamiennego krzyku: „MEEESSI, MEEESSI!”. Jest za to potężny bałagan (tak, to eufemizm). Nie ma co używać dosadnych słów, gdyż i tak już mnóstwo takich w tej sprawie padło. Jest także poczucie upokorzenia po batach od Bayernu Monachium. Są puste trybuny, chociaż akurat tutaj żadnej winy Argentyńczyka i „Blaugrany” nie ma. To sprawka koronawirusa. A zamiast okrzyków na cześć Leo, pod siedzibą Barçy mogliśmy usłyszeć wdzięczne: „BARTOMEU DIMISIÓN!”. I to ma być pożegnanie najlepszego piłkarza w historii klubu pokroju Barcelony? Nie, nie i jeszcze raz nie. Faksy, kruczki prawne, zapisy kontraktowe, przepychanki między klubem a zawodnikiem. O paranoi całej tej sytuacji najlepiej świadczy fakt, iż coraz donośniejsze są głosy osób z otoczenia „Azulgrany” twierdzące jakoby „Duma Katalonii” nie będzie miała problemu ze sprzedażą Messiego, jeśli otrzymają naprawdę dobrą (co jest równoznaczne z horrendalnie wysoką) ofertę. Inne źródła twierdzą, że Josep Maria Bartomeu jest w stanie zrobić wszystko co tylko jest w jego mocy, by 33-latek został i zmienił swoje nastawienie. Jak pokazują jednak ostatnie miesiące, a nawet już lata – prezydent Barcelony tej mocy ma bardzo niewiele. Póki co, mamy okazję przyglądać się jakiejś marnej parodii, aniżeli godnemu pożegnaniu piłkarskiego króla.

Messi i Ronaldo. Ronaldo i Messi. Te dwa nazwiska chyba już zawsze będą szły ze sobą w parze. Niczym Lauda i Hunt. Niczym Nadal i Federer. Niczym Tyson i Holyfield. Portugalczyk i Argentyńczyk są porównywani i zestawiani ze sobą na wszelkie możliwe sposoby. A więc ze sposobem ich odejścia z Realu i Barcelony nie może być inaczej. Cristiano postanowił zakończyć swoją przygodę z „Królewskimi” przed dwoma laty. W porządku, nie wyszło to wszystko tak jak miało być, była kwestia podwyżki, zepsucia świętowania 13. Pucharu Europy i tak dalej. Ale „CR7” ogłosił swoją decyzję w szczytowym momencie zarówno swoim, jak i Realu. Po trzech triumfach w Lidze Mistrzów z rzędu. To zupełnie odmienna sytuacja niż ta zawodnika urodzonego w Rosario. Nie blamaż 2:8 i pierwszy sezon bez żadnego trofeum od 12 lat. Zabrzmi to może brutalnie, ale wygląda to trochę jak ucieczka z tonącego okrętu. A przecież, kto jak kto, ale kapitan nigdy nie opuszcza swojego okrętu. Nawet, gdy jego los zdaje się być beznadziejny. Nie każdy jednak jest zdolny do takiego poświęcenia. Futbolowego geniuszu Argentyńczykowi odmówić zwyczajnie nie można, ale duszy lidera drużyny, to on raczej nigdy nie miał. To nie jego klimat. On jest człowiekiem spokojnym, cichym, nie lubiącym krzyczeć. Nie jest głosem szatni jak Sergio Ramos, Thiago Silva czy kiedyś w Barcelonie Carles Puyol. Kiedy na boisku naprawdę nie jest kolorowo, to Messi rozpływa się w powietrzu, znika. Nie potrafi wziąć na swoje barki pełni odpowiedzialności. Gdyby w takim momencie opuścił szeregi katalońskiej ekipy, to tezę o braku cech przywódczych by jedynie dobitnie potwierdził.

W piłce jak w życiu. Nie zawsze wychodzi się na plus. Nie ma jednak takich problemów, z których nie dałoby się wydźwignąć. A jeśli już odchodzić, to w znakomitym stylu. Nie pozostawiając po sobie żadnych wątpliwości. Nie pozostawiając na swoim wizerunku najmniejszej nawet rysy. Odejść nieskazitelnie. Tak, by to wyjątkowe pożegnanie pamiętali wszyscy. „Wśród tandety lśniąc jak diament. Być zagadką, której nikt nie zdąży zgadnąć nim minie czas”. Bo trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym, Panie Messi.

Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o