Źle się dzieje w Barcelonie. Sprzedaż Arthura ostatnią kroplą rozpaczy?

Jak to zwykle bywa w takich spornych kwestiach – ilu ekspertów, tyle głosów i opinii. A akurat w tym temacie rozgorzała prawdziwa burza. I to taka z piorunami i porywistym wiatrem. Nawet nie u nas w kraju, chociaż polscy kibice Barcelony żywo dyskutują na forach o zasadności tego ruchu, ale przede wszystkim właśnie w Hiszpanii, a w zasadzie w sercu całej sytuacji, czyli w Katalonii. Warto jednak usiąść nad tą kwestią na spokojnie, zestawić ze sobą obu Panów i spróbować wyciągnąć na chłodno konstruktywne wnioski. Rozpatrzeć wszystkie tak zwane „za” i „przeciw”. Postawmy zatem w tym miejscu pytanie – czy Barcelona postąpiła słusznie oddając Arthura Melo i ściągając w jego miejsce Miralema Pjanicia?

Nigdy nie będzie tak, że wszyscy będą w pełni ukontentowani. Osiągnięcie takiego stanu rzeczy graniczy wręcz z cudem w praktycznie każdej dziedzinie życia, a co dopiero przy prowadzeniu tak wielkiego klubu piłkarskiego, jakim jest Barça. Mimo tego w przypadku sposobu zarządzania instytucją FC Barcelony jest zdecydowanie więcej wątpliwości aniżeli jakichkolwiek pochwał, których tak na marginesie już chyba od niepamiętnych czasów nikt w klubowych biurach nie słyszał. Nie ma się co dziwić. Pan Josep Maria Bartomeu zdaje się kolejnymi decyzjami ośmieszającymi i kompromitującymi katalońską ekipę, ale w głównej mierze jednak osobę jego samego, skrzętnie zbijać kolejne deski do swojej trumny. Chodzą słuchy, że ma przygotowane już nawet gwoździe, a niewiadomą pozostaje jedyna godzina wyjęcia ich z rękawa. Zatrudnienie Quique Setiéna, afera w mediach społecznościowych, przepychanki słowne między działaczami a kluczowymi graczami, konflikt dotyczący obniżenia pensji zawodników, a teraz jeszcze pozbycie się brazylijskiego pomocnika. Jak widać – te mocno wątpliwe decyzje w ostatnim czasie jedynie się mnożą i ich końca raczej nie widać. Miłośnicy teorii spiskowych twierdzą nawet, że Bartomeu musi być ukrytym sympatykiem „Królewskich”, przez co chce rozsadzić ich ukochany klub od środka. Ale już tak na poważnie – najgorsze, że to wszystko niestety przekłada się na postawę piłkarzy na boisku, co Barcelona udowadnia po powrocie do gry. Wiernym fanom „Dumy Katalonii” na pewno krwawią serca, a łzy mimowolnie napływają do oczu, gdy patrzą na to jak nieporadnie i niezaradnie ktoś obchodzi się z sensem ich życia. Ba, postronnego kibica takie sprawy uwierają i bolą. Wszyscy pamiętamy i doskonale znamy przypadki upadku znamienitych ekip z ostatnich lat. Mam tu na myśli Milan i Manchester United. Zarówno „Rossoneri”, jak i „Czerwone Diabły” wciąż nie mogą otrząsnąć się z trwającego już kilka lat letargu, choć trzeba przyznać, że i tak jakoś lepiej wiedzie się teamowi z Old Trafford. Przynajmniej próbuje on ściągać klasowych zawodników i nawiązywać do czasów swojej świetności, w przeciwieństwie do Włochów. Chyba nikt z nas by nie chciał, aby „Blaugrana” podzieliła los wyżej wymienionych drużyn. Ktoś kiedyś powiedział, że Barcelonę i Real Madryt łączy tak magiczna i niewytłumaczalna zależność, że kiedy jednym wiedzie się lepiej, to drugim musi iść gorzej. Znakomita forma „Los Blancos” również na pewno w żaden sposób nie poprawia samopoczucia wszystkich „culés”. Być może to właśnie sprzedaż Arthura będzie tym wydarzeniem, które niejako spowoduje, że coś w fanach pęknie. Że zapragną prawdziwej zmiany w swoim klubie, może nawet rewolucji. Taki wstrząs raczej bez cienia wątpliwości by się sternikom „Azulgrany” przydał, bowiem od dawna wyglądają oni jakby układali puzzle z czterech różnych układanek i nie mogli dopasować do siebie żadnego, nawet jednego najmniejszego elementu. Owszem, Katalończycy dostaną na swoje konto przelew opiewający na 72, a może nawet i łącznie 82 miliony euro, ale to nie tylko o pieniądze tutaj chodzi. Aspekt czysto sportowy gra tutaj jednak główną rolę i wielu kibiców Barçy stawia sobie pytanie, czy to aby na pewno był dobry pomysł by wymieniać 23-letniego Arthura na 30-letniego Pjanicia. Co takiego zatem ma Melo czego nie ma pomocnik Juve?

Josep Maria Bartomeu – „ulubieniec” kibiców Barcelony

Chodzi tutaj głównie o wiek. Siedem lat różnicy między wspomnianymi wyżej piłkarzami to dosyć dużo. Tym samym „Duma Katalonii” dostaje gracza, któremu na pewno klasy odmówić nie można, ale również takiego, który najlepsze lata ma już raczej za sobą i jego kariera zmierza ku końcowi. Może nie rychłemu, ale jednak. Arthur był sprowadzany przed dwoma laty na Camp Nou z Grêmio Porto Alegre za 31 milionów euro jako wielki talent i potencjalny następca samego legendarnego Xaviego Hernándeza. Chociaż jego gra nie prezentowała się aż tak genialnie i widowiskowo jak gra Hiszpana, to, jak widać po reakcjach, fani nadal wiązali z nim duże nadzieje. Nie można się im dziwić. Przed brazylijskim pomocnikiem jeszcze wiele lat kariery, więc może się mocno rozwinąć i jeszcze pokazać pełen repertuar swoich możliwości. Niewykluczone, że za dwa, trzy lata będzie niekwestionowanym liderem reprezentacji „Canarinhos” oraz swojego zespołu klubowego. No właśnie. Ale wiemy już, że raczej na pewno nie Barcelony. Co więcej, na początku, kiedy pojawił się pomysł sprowadzenia Pjanicia do stolicy Katalonii, a „Stara Dama” chciała to wykorzystać do pozyskania Melo, on sam kategorycznie odmówił odejścia. Nie chciał kończyć swojej przygody z jednym z najlepszych klubów na świecie zaledwie po dwóch sezonach. Jak gdyby czuł, że może dać tej ekipie dużo więcej. Czas i być może działania odpowiednich osób (Bartomeu?, Abidal?) brutalnie zweryfikowały jednak jego plany. Po transferze do Hiszpanii Arthur w wywiadzie dla „BarçaTV” został zapytany o swoje największe marzenie. Bez wahania wskazał na herb Barcelony mówiąc, że ono właśnie się spełniło. Między innymi dlatego w Hiszpanii są i tacy, którzy zarzucają szefom Katalończyków zwyczajne wypchnięcie Arthura z klubu. Cóż, jeśli faktycznie tak było, sam zainteresowany powinien być jeszcze bardziej zdeterminowany by w nowym środowisku pokazać na co go stać i udowodnić byłemu pracodawcy ile stracił oddając go. Tymczasem Barcelona ma Miralema, któremu także powinniśmy poświęcić nieco uwagi.

Arthur podczas swojej prezentacji na Camp Nou w 2018 roku

Bośniak niewątpliwie odgrywał bardzo ważną rolę w każdym klubie, w którym przyszło mu występować. Czy był to Olympique Lyon, czy AS Roma, czy teraz ekipa „Zebr”. W moim przekonaniu jednak, urodzony w Jugosławii zawodnik, swój tzw. „prime” miał w ostatnich latach gry na Stadio Olimpico oraz w pierwszych dwóch sezonach w Turynie. Szczególnie teraz, gdy drużynę ze stolicy Piemontu przejął Maurizio Sarri, jego wpływ na drużynę znacznie osłabł. Zresztą o nikłym przywiązaniu włoskiego menedżera do swojego rozgrywającego może świadczyć fakt, iż pożegnał się z nim praktycznie bez żalu, mówiąc, że na pewno będzie szczęśliwy w nowym zespole. Nie udała się Sarriemu misja, której wypełnienie powziął sobie za punkt honoru przed sezonem. Mianowicie – chciał uczynić z Pjanicia drugiego Jorginho, czyli zawodnika będącego kluczem w każdym z wielu schematów jego skomplikowanej taktyki zarówno w Chelsea, jak i wcześniej w Napoli. Bośniak zawsze uchodził za inteligentnego i wszechstronnego piłkarza, ale 61-latek zapragnął by stał się on prawdziwym centrum dowodzenia jego Juventusu, mózgiem każdej akcji. Słynna stała się już jego przedsezonowa wypowiedź dotycząca liczby kontaktów z futbolówką jakiej będzie oczekiwał od Pjanicia. Neapolitańczyk nakreślił ją na poziomie 150 na mecz. Nie trudno się domyślić, że 92-krotny reprezentant Bośni i Hercegowiny nie spełnił pokładanych w nim przez trenera nadziei. Teraz dołącza do Barcelony, której filozofią od zawsze była szybka, płynna wymiana piłek, gra na jeden kontakt i długie utrzymywanie się przy futbolówce, czyli w zasadzie filozofia bliźniacza do „sarrismo”. Chociaż wydaje się, że „tiki-taka” ostatnio jakby zatraciła swoją esencję. Pomijając jednak ten fakt, wydawałoby się zatem, że jest to sposób gry szyty na miarę dla zawodnika o takiej charakterystyce jak Pjanić. No tak, wszystko się zgadza. Z tym, że dla Pjanicia w formie. A czy teraz znajduje się w formie? Śmiem wątpić. Aczkolwiek do rozpoczęcia kolejnych rozgrywek i jego debiutu w bordowo-granatowych barwach jeszcze jest trochę czasu, więc nie można wykluczyć, że okaże się on zbawicielem kulejącego w tym sezonie katalońskiego środka pola i jeszcze wszystkich nas zaskoczy. Kibice „Dumy Katalonii” będą mocno trzymać kciuki za taki bieg zdarzeń. Czy Barcelonie opłacało się jednak wymieniać Arthura na Pjanicia? Doraźnie na pewno tak, ponieważ pomimo wszelakich wahań formy 30-latek jest na chwilę obecną piłkarzem co najmniej o półkę lepszym niż Brazylijczyk. Ale co będzie za te dwa, trzy czy cztery lata? Tego nikt z nas nie wie. Działanie Barçy jest o tyle zastanawiające, że przecież od jakichś kilku miesięcy trwa batalia pomiędzy klubem a Ivanem Rakiticiem. Barcelona chce koniecznie pozbyć się Chorwata, będącego, no właśnie, tylko dwa lata starszym graczem od Pjanicia. Można się tu doszukiwać jakiegoś ukrytego sensu, ale chyba nie byłby go w stanie znaleźć nawet sam pan Josep Maria Bartomeu, człowiek w Barcelonie, niestety, decyzyjny. Nie można zatem wykluczyć, że w szerszej perspektywie 26-krotni mistrzowie Hiszpanii popełnili błąd.

Jak Pjanić spisze się grając dla „Dumy Katalonii”?

Swoją drogą, ciekawe jak rozłożyłyby się głosy sympatyków „Blaugrany”, gdyby przeprowadzić wśród nich sondę w tej sprawie. Rozłożyłyby się pół na pół? A może większość zganiłaby zarząd za taką decyzję? Jak już wspomniałem we wstępie – opinii znajdziemy bez liku. Jak na razie jednak Barcelona na tej wymianie zyskała pieniądze i sporo nieprzychylnych spojrzeń swoich fanów. Na murawie za dobrze to wszystko nie wygląda, a swoje dokłada jeszcze szefostwo. Wszyscy, którym zależy na dobru katalońskiego klubu w swoich modlitwach zanoszą prośby o jak najszybszą detronizację Bartomeu ze stanowiska prezydenta. Zbierając to wszystko do „kupy” – źle się dzieje w Barcelonie. Kwestią czasu pozostaje moment, w którym kibicom zwyczajnie się przeleje, zacytują klasyka i ze zdaniem: „Tak być nie będzie” na ustach, zakasają rękawy i wezmą sprawy swojego ukochanego klubu w swoje własne ręce. Jakieś porządne trzęsienie ziemi by się tam przydało. Bo zwykłe przemawianie do rozsądku to już w tym przypadku za mało. Partacze nie powinni piastować innej zaszczytnej funkcji na literę „p” – funkcji prezydenta. Ani w żadnym kraju, ani w żadnym klubie.

Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o