Mistrz powraca. I niewykluczone, że zostanie na dłużej…

Długo trzeba było na to czekać. Ale w końcu się doczekaliśmy. W piątkowym spotkaniu z Tottenhamem Manchester United był drużyną lepszą, ale to właśnie jego wejście nadało grze „Czerwonych Diabłów” swego rodzaju kolorytu oraz doprawiło ją szczyptą piłkarskiej magii. Jeśli solą futbolu są bramki, to tego typu wejścia i zagrania jakie zaprezentował nam ów zawodnik są futbolu słodyczą. Bo przyznajmy – po jego wkroczeniu na zieloną murawę ten mecz oglądało się jakoś przyjemniej, tak właśnie chciałoby się wręcz rzec, że słodko. Po tytule oraz kilku powyższych zdaniach nie trudno się domyślić o kim będzie mowa. O graczu, na którego czekać musieliśmy aż 176 długich dni. O zawodniku, na którym wielu kibiców postawiło już krzyżyk. I to definitywnie. Ale sądząc po piątkowym występie jakim nas uraczył – chyba warto było przetrzymać te wszystkie spotkania i doby bez niego. A ci, co nie wahali się wydawać wyroków, być może już niedługo będą zmuszeni do sięgnięcia po gumki i korektory by tego krzyżyka z nazwiska Paula Pogby najzwyczajniej w świecie się pozbyć.

Kontuzje, narzekanie, transfer. To trzy najczęściej używane w ostatnim czasie słowa w kontekście Francuza. Zaczęło się od urazów. Wykluczyły one go z gry na większość sezonu. Pewnie już nie mielibyśmy okazji do podziwiania Pogby w obecnych rozgrywkach, może nawet takowej by zabrakło by ujrzeć go w koszulce United, ale tutaj, podobnie zresztą jak w przypadku wielu graczy na całym świecie, swoją rolę odegrała przymusowa przerwa. Pomogła ona 27-latkowi wrócić do pełni sprawności i powiedzieć „goodbye” trapiącym go problemom stawu skokowego. Narzekanie? A i owszem. Narzekanie na niego, na brak zaangażowania, na niezliczoną ilość kontuzji. Na to, że proporcjonalnie do ceny, jaką Manchester za niego zapłacił (przypominamy – 105 milionów euro) nie dał klubowi od siebie praktycznie nic. Liga Europy, Puchar Ligi i Tarcza Wspólnoty? Nie, nie, nie. W końcu wielki Manchester United ma ambicje stojące na dużo wyższej półce. Cóż z tego, skoro ekipie z Old Trafford w kształcie teraźniejszym wyraźnie brakuje kilku, a może nawet kilkunastu centymetrów wzrostu by móc do niej dosięgnąć. Choć oczywiście nie można odmówić Ole Gunnarowi Solskjærowi ogromu pracy, jaki już wykonał by poukładać zespół osierocony siedem lat temu przez legendarnego sir Alexa Fergusona i do tej pory niemogący się po tym pozbierać. Wkład Paula Pogby w tę odbudowę, jak do tej pory, faktycznie jakiś monstrualny nie był, więc nie można tych argumentów jego krytykom z rąk wytrącić. A to wszystko doprowadziło do trzeciego słowa w naszej wyliczance – do transferu. Bo te wszystkie wydarzenia, w większej mierze negatywne (może nawet w całości), doprowadziły do spekulacji o ewentualnym opuszczeniu czerwonej części Manchesteru przez reprezentanta Francji. Bardzo blisko takiego ruchu było w zeszłym roku, podczas letniego okienka transferowego. Wówczas francuski pomocnik mocno naciskał na swoje szefostwo by usiadło do rozmów z madryckim Realem w sprawie jego przenosin na Estadio Santiago Bernabéu. Orędownikiem tej operacji był sam opiekun ekipy „Królewskich” – Zinédine Zidane. Idol Pogby z dzieciństwa. Idol całego pokolenia francuskich piłkarzy, z którego wywodzi się mierzący 191 centymetrów wzrostu pomocnik. „Zizou” miał dać błogosławieństwo Pogbie i zielone światło całej transakcji. Ed Woodward, czyli dyrektor generalny MU, zaproponował jednak na tyle zaporową cenę, że Real zmuszony był wycofać się z negocjacji. Tym samym smutek zagościł na twarzy zarówno Paula, jak i Zidane’a, który swojego „Pogbę” odnalazł jednak w młodym Urugwajczyku Fede Valverde. Chcąc nie chcąc, trzeba było zostać w Anglii. Mimo tego, przez cały sezon, nawet podczas jego rehabilitacji i nieobecności, nie ucichły plotki łączące Pogbę z nowym zespołem. „Los Blancos” mają już rzekomo nie być zainteresowani takim zakupem, ale to nie przeszkodziło angielskim mediom podawać co i rusz nowych informacji na temat transferu Pogby w innym kierunku. Mianowicie na temat jego powrotu do Juventusu. Ba, padały tutaj nawet konkretne kwoty, podkreślmy – nie były one małe. Skończyło się na tym, że przyszła pandemia, wraz z nią stanęły wszystkie rozgrywki, a 69-krotny reprezentant „Trójkolorowych” zyskał bonusowy czas na rekonwalescencję. I wrócił. Dokładnie w 63. minucie potyczki ze Spurs.

Paul Pogba kontra Erik Lamela

O ile bez niego „The Red Devils” wyglądali naprawdę dobrze i mieli tę słynną „intensywność”, o tyle z nim na boisku wyglądało to jeszcze bardziej imponująco. Jego pierwsze zagranie mogło już świadczyć o tym z jakim nastawieniem wbiegł na murawę Tottenham Hotspur Stadium – zdecydowany wślizg i odbiór piłki po lewej stronie pola karnego gospodarzy. Niektórych mogło to nawet zdziwić, bo przecież niejedno spotkanie w barwach United Pogba zwyczajnie przetruchtał. Nie było widać po nim ani zbytniego zaangażowania, ani też chęci. Tym razem było inaczej. Słowo „determinacja” dało się nawet wyczytać z twarzy 27-latka. Jakby nie było, to dzięki niemu podopieczni Solskjæra wyrównali stan rywalizacji, bowiem to właśnie jego sfaulował w polu karnym Eric Dier. Znów mogliśmy ujrzeć człowieka cieszącego się grą. Człowieka prowadzącego futbolówkę z niebywałą gracją i elegancją, czyli z cechami, które stały się przez lata jego wizytówką. Człowieka, który dzięki temu był liderem złotej reprezentacji Francji na mundialu w Rosji. To po prostu robiło wrażenie. Pogba wreszcie przypominał piłkarza, dla którego zasiada się przed telewizorem i podziwia jego grę z szeroko otwartą buzią. Nie dość, że był efektowny, to był także i efektywny – zanotował aż 94-procentową skuteczność podań. Wynik na poziomie najlepszych ekspertów w tym aspekcie na świecie. Wychwalony został przez każdego – od swojego trenera, byłych piłkarzy United, jak np. Michaela Owena, aż po szeroko pojęte media. I to wcale nie tylko te brytyjskie, ale nawet przede wszystkim te światowe. Pytanie tylko do czego to doprowadzi? Do ponownego wybuchu płomiennego uczucia na linii Pogba – „Czerwone Diabły” czy też może do skutecznego zareklamowania swojej osoby nowemu pracodawcy i ostatecznego spakowania walizek? Legendarny golkiper 20-krotnych mistrzów Anglii, Peter Schmeichel, stwierdził ostatnio w rozmowie z brytyjskim „Express Sport”, iż jest pewny pozostania Francuza na Old Trafford i niebagatelny wpływ na taki stan rzeczy będzie miała osoba norweskiego menedżera, pod którego batutą Pogba odzyskał dawny blask. Cóż, wydaje się, że może to być najlepsze możliwe rozwiązanie dla obu stron. Do zakończenia Premier League pozostało osiem kolejek. Do tego trzeba dodać ćwierćfinałową grę United przeciwko Norwich w FA Cup oraz dalszy ciąg rywalizacji w Lidze Europy (rewanż z LASK Linz i raczej pewny ćwierćfinał tych rozgrywek). Pole do popisu wydaje się być zatem całkiem pokaźne. I niewykluczone, że w takich okolicznościach gwiazda mistrza świata rozbłyśnie na dobre. Kto wie, czy Francuz, koniec końców, nie okaże się kluczową postacią tej szalonej końcówki sezonu i nie uniesie ku niebu dwóch pucharów, na których zdobycie on i jego koledzy cały czas mają realną szansę.

Paul i Bruno. Gwarant jakości środka pola Manchesteru?

Każdy zasługuje na drugą szansę. To dość utarty frazes, ale niezmiennie od wielu, wielu lat znajdujący swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Czasami trzeba po prostu pewne rzeczy przemyśleć, głęboko się nad nimi zastanowić i… przebaczyć. Tym bardziej, gdy wychodzi to na dobre wszystkim zainteresowanym stronom. A tak właśnie może być w tym przypadku. Brytyjskie media zdążyły także już obwieścić wspaniały początek współpracy znakomitego portugalsko-francuskiego duetu pomocników. Duetu w zestawieniu Fernandes – Pogba. Próbkę kooperacji tych dwóch panów mieliśmy w starciu z „Kogutami” i wyglądało to doprawdy intrygująco. Jak widać, każdy, w miarę swoich możliwości, będzie chciał wyciągnąć pomocną dłoń do byłego gracza „Starej Damy” by umożliwić mu odzyskanie dawnej pozycji w europejskim i światowym futbolu. Jeśli tak się stanie, my – kibice, będziemy mogli cieszyć się nie lada gratką przed każdym spotkaniem Manchesteru United, a przede wszystkim – w jego trakcie. Przysporzy to na pewno mnóstwa pozytywnych emocji i satysfakcji trenerowi i zainteresowanemu piłkarzowi, ale przede wszystkim fanom zespołu z hrabstwa Greater Manchester. A wtedy wszyscy szumnie, jednym głosem będziemy mogli powiedzieć: „Mistrz powrócił”.

Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o