Legendy polskiego futbolu [cz. V]

Wydawać by się mogło, że przez cztery części owego cyklu udało się przedstawić i przybliżyć sylwetki praktycznie wszystkich wybitnych polskich zawodników. Otóż nic bardziej mylnego. Jest jeszcze kilku jegomościów, o których zwyczajnie wspomnieć należy. Nie wydarowałbym sobie, jako autorowi całej serii, pominięcia piłkarzy pokroju Zbigniewa Bońka czy Grzegorza Laty. Nie przeciągając – kurtyna w dół, aktorzy na scenę, wszystko gotowe. Zapraszam do lektury piątej części „Legend polskiego futbolu”.

SPEŁNIONY MISTRZ – JÓZEF MŁYNARCZYK

Mistrz. To chyba najlepsze słowo jakiego można użyć w kontekście tego piłkarza. Dwa razy mistrzostwo Polski, dwa razy mistrzostwo Portugalii. Status legendy w obu klubach, z którymi te sukcesy osiągał. W przypadku rodzimych laurów był to Widzew Łódź, a jeśli chodzi o zwycięstwa na Półwyspie Iberyjskim – FC Porto. Jeden z największych i najlepszych portugalskich zespołów. I o ile samo występowanie w mocnym zagranicznym klubie jest już całkiem zacnym osiągnięciem, o tyle Młynarczyk bez wątpienia zdołał je przebić. Wyróżnić się na arenie europejskiej i wywalczyć transfer zdarza się piłkarzom stosunkowo często, natomiast nie każdy dostępuje zaszczytu zapisania się na kartach historii wielkiej drużyny i zostania jej ikoną. Ale o tym później. Pora na garść suchych faktów. Pierwsze kroki w futbolu stawiał w Astrze i Polonii Nowa Sól, gdzie się urodził. W latach 1974-1977 grał dla Stali Bielsko Biała. Tam poznał Antoniego Piechniczka, który w 1977 roku optował za sprowadzeniem go do Odry Opole. Następnym przystankiem była już Łódź. „Widzewiakiem” był przez cztery lata (1980-1984). Zagrał dla niego 78 meczów. Sugerując się wstępem można by odnieść wrażenie, iż wspomniane dwa krajowe mistrzostwa są jego największymi sukcesami odniesionymi wraz z łódzką ekipą. Otóż nie. A to wszystko za sprawą pamiętnego sezonu 1982/83, w którym to „Czerwono-biało-czerwoni” stając się istną rewelacją rozgrywek dotarli aż do półfinału Pucharu Europy, czyli dzisiejszej Ligi Mistrzów, eliminując w ćwierćfinale wielki Liverpool z Ianem Rushem w składzie. Na drodze do finału stanął naszej rodzimej drużynie Juventus. I na tej fazie i tym przeciwniku zakończyła się piękna i przez wielu niezapomniana przygoda podopiecznych trenera Władysława Żmudy. Jak się później okazało – wcale nie był to największy sukces polskiego bramkarza w klubowym futbolu. Łódź w 1984 roku zamienił na francuską Bastię, dla której zagrał 56 spotkań. I dopiero w 1986, w wieku 33 lat, zaczyna się dla niego najlepszy i najbardziej owocny okres w całej karierze – gra dla „Smoków” z Porto. Prócz nadmienionych już tytułów dla najlepszej drużyny w Portugalii wygrywał również z drużyną z Estádio do Dragão Puchar Portugalii, Superpuchar Europy, Puchar Interkontynentalny (jako jedyny Polak w historii) oraz przede wszystkim ten wspaniały uszaty puchar, o którym marzy każdy gracz. Puchar Europy. W 1987 roku FC Porto wyszło zwycięsko z finałowego boju z Bayernem Monachium na wiedeńskim Praterstadion. Młynarczyk stał się tym samym drugim po Bońku polskim piłkarzem, który mógł pochwalić się takim osiągnięciem. „[…] Zwycięstwo Porto uznano za sensację. Kiedy strzeliliśmy drugiego gola, bardzo dobrze się broniliśmy i „Bawarczycy” musieli się obejść smakiem. Byli tak źli, że po meczu wielu z nich nie chciało rozmawiać z dziennikarzami.” – wspominał w zeszłorocznym wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”. W barwach portugalskiego klubu wystąpił w 67 grach i jako jego zawodnik odwiesił buty oraz rękawice na kołek w 1989 roku. Jeśli chodzi o etap reprezentacyjny, to Polskę reprezentował na przestrzeni lat 1979-1986 w 42 meczach. Jego debiut przypadł na dzień 18 lutego 1979 roku i zwycięskie w rozmiarze 5:0 spotkanie z Tunezją. Zdobył z kadrą prowadzoną przez selekcjonera Antoniego Piechniczka brązowy medal na hiszpańskim mundialu w 1982 roku. Był filarem tamtej drużyny. W wielu potyczkach jego świetne interwencje ratowały „Biało-Czerwonych”. Jak sam przyznaje, trzecie miejsce na mistrzostwach świata niezmiennie pozostaje dla niego największą i najbardziej wartościową zdobyczą w karierze: „Wszystko, co się zdobywa z reprezentacją, kiedy gra się z orzełkiem na piersi, jest najcenniejsze.[…]”. W trakcie gry Młynarczyka w reprezentacji były też te mniej chlubne momenty, jak chociażby incydent, który miał miejsce na warszawskim Okęciu w 1980 roku przed wylotem naszych zawodników na mecz z Maltą, kiedy stawił się tam w stanie wskazującym. Piastujący wówczas stanowisko trenera polskiej kadry Ryszard Kulesza chciał w ramach kary nie zabierać golkipera na to spotkanie, ale z odsieczą przybyli Władysław Żmuda, Zbigniew Boniek i Stanisław Terlecki, którzy postanowili wstawić się za swoim kolegą. Zagrozili, że jeśli z drużyną nie poleci Młynarczyk, oni w geście koleżeńskiej solidarności również nie wsiądą na pokład samolotu. Udało się przekonać selekcjonera, chociaż żaden ze wspomnianej czwórki nie wystąpił w potyczce z Maltą. Czekało ich za to zawieszenie. Młynarczyk zafundował sobie przerwę od wyjazdów na reprezentację na półtora roku. Po zakończeniu kariery pracował jako trener bramkarzy w wielu klubach. Był również asystentem kilku selekcjonerów polskiej kadry. Od 2014 roku jest członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta. W 2019 został wybrany do „jedenastki” stulecia PZPN, co nie obeszło się bez szumu, oczywiście ze względu na osobę Jana Tomaszewskiego. Zresztą porównań i zestawień obu tych panów nie sposób uniknąć. Ta sztuka nie udała się żadnemu z nich. Zawsze gdzieś obok Tomaszewskiego pojawi się nazwisko Młynarczyka i odwrotnie. Wiele eksperckich głosów uważa jednak, iż mimo wszystko to Młynarczyk był na bramce lepszym fachowcem, czego dowodem miałaby być również bogata kariera zagraniczna, jaką niekoniecznie może pochwalić się „człowiek, który zatrzymał Anglię”. W przytoczonym już tutaj wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” Młynarczyk został zapytany o to czy patrząc na swoją karierę czuje się spełniony. „Kiedy pomyślę, skąd pochodzę i co osiągnąłem, nie mogę dać innej odpowiedzi. Tak, jestem spełniony i jako piłkarz, i jako człowiek.” – skwitował.

TRZY SEKUNDY NA „SETKĘ” – GRZEGORZ LATO

Niekwestionowana legenda Stali Mielec i reprezentacji Polski. Król strzelców mundialu ’74 z dorobkiem 7 goli. Oczywiście jedyny polski król strzelców światowego czempionatu. Uczestnik wszystkich największych reprezentacyjnych sukcesów, zarówno dwóch medali olimpijskich, jak i dwóch brązowych krążków mistrzostw globu. Zasług dla polskiej piłki nie jest mu w stanie odebrać nawet fatalny okres jego prezesury w Polskim Związku Piłki Nożnej. Chociaż stanowi on pewną rysę na obrazie, który namalował w głowach kibiców za czasów swojej gry, po latach i tak większość częściej wspomina jego piękne akcje, aniżeli kontrowersyjne, nierozważne wypowiedzi w roli prezesa PZPN. W końcu to jeden z najwybitniejszych polskich piłkarzy w historii. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Urodził się w Malborku, ale zaraz po tym wydarzeniu rodzina Latów przeprowadziła się do Opola, a później do Mielca, gdzie w miejscowej fabryce samolotów większość jej członków znalazła pracę. Karierę Lato zaczynał zatem w Stali Mielec. W 1969 roku zadebiutował w pierwszej drużynie, w rozgrywkach II ligi. W sezonie 1969/70 Stal zapewniła sobie awans do I ligi, w związku z czym już 9 sierpnia 1970 roku, w wieku 20 lat miał szansę po raz pierwszy zagrać w ekstraklasowym spotkaniu. Był to domowy, wygrany 5:2 mecz z Wisłą Kraków, w którym zresztą Lato dwukrotnie wpakował piłkę do siatki. Właśnie w mieleckim zespole szybki skrzydłowy wypłynął na szerokie wody. Dwukrotnie zostawał najlepszym snajperem polskiej ligi i dwa razy cieszył się wraz z „Biało-Niebieskimi” z mistrzostwa Polski. Był uczestnikiem dwumeczu z samym wielkim Realem Madryt w sezonie 1976/77 w ramach I rundy Pucharu Europy. Dwumeczu co prawda przegranego, ale za to pamiętanego i wspominanego w Mielcu po dziś dzień. Ostatni mecz w barwach Stali Lato zagrał 7 czerwca 1980 roku (0:0 z Górnikiem Zabrze). Licznik jego gier zatrzymał się na 295 występach, natomiast licznik goli dla ekipy z Podkarpacia na 112 trafieniach. Następnie przez dwa lata przywdziewał koszulkę belgijskiego Lokeren (gdzie dzielił szatnię ze wspomnianym w poprzedniej części Włodzimierzem Lubańskim), w którym rozegrał 64 spotkania i zdobył 12 goli. Kolejnym i zarazem ostatnim przystankiem w karierze Grzegorza Laty był meksykański klub Atlante FC. Zagrzał tam miejsce również dwa lata i wygrał w 1983 roku północnoamerykańską Ligę Mistrzów. Ogółem w 45 spotkaniach dla meksykańskiej ekipy ustrzelił 16 goli i w 1984 roku zakończył profesjonalną karierę, co jednak w jego przypadku nie oznaczało wcale całkowitego rozbratu z futbolem, bowiem jeszcze przez siedem lat był zawodnikiem polonijnego zespołu Polonia Hamilton. Po zakończeniu kariery postanowił spróbować swoich sił jako menedżer, ale nie odniósł żadnych większych sukcesów z prowadzonymi przez siebie drużynami (m.in. Stal, Amica Wronki czy Widzew Łódź). Oprócz intrygującej kariery klubowej, Lato ma także w swoim dorobku fantastyczną, trwającą trzynaście lat przygodę z reprezentacją Polski. Co ciekawe, niewiele brakowało, a być może wcale nie byłby on jedną z kluczowych postaci kadry Pana Kazimierza Górskiego. W 1973 roku nasi kadrowicze wybierali się na tournée do Stanów Zjednoczonych i Kanady. Gdy selekcjoner rozesłał listę powołanych okazało się, że nie ma niej świeżo upieczonego mistrza Polski ze Stalą i króla strzelców I ligi – Grzegorza Laty. Skrzydłowy poczuł się urażony, tym bardziej, że Pan trener Górski był jednym z pierwszych ludzi, którzy dostrzegli jego talent powołując go wcześniej do młodzieżowej reprezentacji. Wracając z wojaży zza oceanu reprezentacja miała w Warnie zmierzyć się towarzysko z Bułgarią. Legendarny trener zdecydował się dać w tym spotkaniu szansę komuś kto, nie miał okazji pokazać się podczas meczów w Ameryce Północnej i wybór padł oczywiście na Latę. Ten początkowo odmówił, ale ostatecznie naszemu selekcjonerowi udało się go przekonać i namówić do gry w tym spotkaniu. Efekt? Zwycięstwo „Biało-Czerwonych” 2:0 po dwóch golach Laty. Z orzełkiem na piersi wybiegał na murawę łącznie 100 razy i strzelił 45 goli. O sukcesach drużynowych odniesionych z kadrą wspominałem już na samym początku. Warto za to podkreślić, że z łącznym dorobkiem 10 trafień na mistrzostwach świata nasz rodak znajduje się w czołówce najlepszych strzelców w historii mundialu. Najbardziej pamiętna? Tu odpowiedź wydaje się oczywista. Decydujący gol po wspaniałym rajdzie przez pół boiska w spotkaniu o trzecie miejsce z Brazylią w 1974. Majstersztyk. Minęło tyle lat, a gdy ogląda się tamtą bramkę cały czas wywołuje wielkie emocje i wzruszenie. W końcu byliśmy trzecią drużyną na całym świecie! Co do podtytułu do tekstu o Lacie, którym się posłużyłem – na boisku zawsze wyróżniał się niebywałą szybkością i dynamiką, to powszechnie wiadomo. Po latach, podczas jednego z wywiadów, który bez problemu cały czas można odszukać na YouTube, dziennikarz zadał mu pytanie jaki miał czas na 100 bądź na 60 metrów. Lato z wyraźnie zarysowaną na twarzy pewnością siebie odpowiedział, że trzy sekundy. Zadający pytanie podważył odpowiedź, twierdząc, że było chyba trochę więcej. Lato dalej obstawał przy swoim, imitując ruch przechylanego w stronę ust kieliszka i odliczając do trzech, po czym głośno wybuchł śmiechem. Potwierdził zatem, iż faktycznie jego czas na „setkę” wynosił trzy sekundy. Taki to z niego żartowniś.

CICHY LIDER – WŁADYSŁAW ŻMUDA

Opoka polskiej defensywy i filar reprezentacji Polski w okresie jej największej świetności. Kolega z pokoju Kazimierza Deyny. Człowiek, który zapisał się nie tylko w historii polskiego, ale i światowego futbolu rozgrywając 21 meczów na mistrzostwach świata. To Władysław Żmuda w telegraficznym skrócie. Ale nie sposób napisać skrótowo o kimś takim jak on. Zacznijmy więc od początku. Żmuda jest wychowankiem Motoru Lublin, skąd po dwóch latach gry w seniorskiej drużynie przeniósł się do Gwardii Warszawa, w barwach której w sezonie 1972/73 zadebiutował w polskiej najwyższej klasie rozgrywkowej. W 1974 przeprowadził się z Warszawy do Wrocławia, by reprezentować barwy Śląska. To właśnie tam jego klubowa kariera nabrała wiatru w żagle. Żeby było ciekawiej, to należy nadmienić, iż trenerem wrocławskiej ekipy był wówczas niejaki… Władysław Żmuda. Interesująca zbieżność nazwisk, prawda? Bo obaj panowie nie byli ze sobą w żaden sposób spokrewnieni. Chociaż mimo tego i tak zdarzali się „życzliwi”, którzy uparcie twierdzili, że tata chce za wszelką cenę pomóc synowi w karierze i właśnie z tego powodu sprowadził go do klubu i wystawia w pierwszym składzie. Fakty były natomiast takie, że Żmuda prezentował się w barwach „Wojskowych” bardzo solidnie. Wygrał z nimi w 1977 roku pierwsze w historii klubu mistrzostwo Polski. W tym samym roku dotarł również do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów, a rok wcześniej triumfował także w Pucharze Polski. Dla Śląska zagrał 97 spotkań ligowych i po półrocznym okresie bezrobocia w 1980 roku dołączył do Widzewa Łódź. Widzewa, który w niedalekiej przyszłości miał się stać prawdziwym dominatorem na krajowym podwórku. W latach 1981-1982 dwukrotnie sięgał z „Widzewiakami” po krajowe mistrzostwo. Swoją grę dla łódzkiej drużyny zakończył z 68 ligowymi potyczkami na koncie. Zdobył w nich 2 gole. Tym razem na polskiego stopera czekała zagraniczna przygoda – włodarzom włoskiego Hellasu Verona zaimponowała postawa Żmudy w barwach Widzewa i postanowili sprowadzić go do Włoch. Przez dwa lata zagrał jednak w zaledwie siedmiu spotkaniach ligowych. Kontynuować swoją karierę polski obrońca postanowił w amerykańskim New York Cosmos, ale tutaj też zaledwie cztery razy wybiegał na murawę i szybko, bo po roku, zdecydował się na powrót na Półwysep Apeniński. Przeszedł do US Cremonese, w którym nareszcie ustabilizował swoją sytuację. W ciągu trzech lat wystąpił w 43 spotkaniach drużyny z Lombardii i raz udało mu się pokonać golkipera rywali. W 1987 roku, w wieku 33 lat zakończył piłkarską karierę. Jeśli chodzi o reprezentację, cóż, naprawdę jest o czym opowiadać. Ciekawie zresztą w ogóle zaczęła się jego przygoda z kadrą. Dający Polakom awans na mundial ’74 słynny mecz na Wembley w 1973 roku, zremisowany 1:1 wywołał potężny entuzjazm nie tylko wśród kibiców. Niektórzy zawodnicy również dali się ponieść emocjom i „ruszyli w tango”. W związku z tym nie byli w stanie wystąpić kilka dni później w towarzyskim spotkaniu z Irlandią. Pan Kazimierz Górski zwrócił się zatem z prośbą do selekcjonera młodzieżówki i swojego późniejszego asystenta, Andrzeja Strejlaua o polecenie dwóch piłkarzy z juniorów gotowych do debiutu w dorosłej reprezentacji. Zawodnikami, których wskazał Strejlau byli Andrzej Drozdowski i Władysław Żmuda. Należy również podkreślić, że nasz bohater jest brązowym medalistą EURO U-18 w Hiszpanii z 1972 roku. Wracając do tematu – stało się dokładnie tak, jak miało się stać – Żmuda pierwszy występ w dorosłej kadrze zanotował 21 października 1973 roku w Dublinie przeciwko reprezentacji Irlandii (porażka 0:1). Jest uczestnikiem czterech turniejów rangi mistrzostw świata. Wynik 21 meczów na mundialach jest polskim historycznym rekordem. Ogółem Żmuda zagrał w 91 spotkaniach z orzełkiem na piersi i zdobył w nich 2 gole. Jest także srebrnym medalistą z Montrealu. Na mistrzostwach w RFN został wybrany „Najlepszym Młodym Piłkarzem” turnieju. W 1982 roku w Hiszpanii to właśnie Żmuda, jako kapitan, wręczał kolegom brązowe medale po zwycięstwie 3:2 z Francją w meczu o trzecie miejsce. Pierwotnie miał to robić ówczesny prezes PZPN Władysław Reczek, ale kilka dni wcześniej bardzo dotkliwie odparzył stopy i z tego powodu na meczu stawił się w klapkach. Nie chciał występować na murawie w stroju nieoficjalnym, więc o wyręczenie go poprosił Żmudę. Słynne stało się zdjęcie, na którym to właśnie rosły obrońca naszej kadry obdarowuje kolegów pamiątkowymi krążkami. Jako trener, podobnie jak nasi poprzedni bohaterowie, nie odniósł znaczących sukcesów. Był chociażby asystentem selekcjonerów Jerzego Engela czy Pawła Janasa, a także prowadził jako pierwszy trener młodzieżowe reprezentacje Polski. W latach 2009-2012 był prezesem Klubu Wybitnego Reprezentanta. W poprzednim roku został wybrany do „jedenastki” stulecia PZPN. Jest jednym z najlepszych środkowych obrońców historii polskiej piłki.

„BELLO DI NOTTE” – ZBIGNIEW BONIEK

A to będzie, cytując klasyka, „truskawka na torcie”. Mowa bowiem o człowieku uznanym i znanym nie tylko w naszej ojczyźnie, ale i na całym świecie. „Bello di notte” po raz pierwszy nazwał Bońka właściciel koncernu Fiata, Gianni Agnelli. Określenie to przylgnęło do Polaka na dobre, a odnosiło się bezpośrednio do jego niezwykłej umiejętności odnalezienia się w tych najtrudniejszych spotkaniach, z najbardziej wymagającymi rywalami. Wtedy, gdy gasły promienie dnia i można było błyszczeć w świetle reflektorów. W takich sytuacjach Boniek zamieniał się w „piękność nocy”, doznawał swoistego przypływu sił i przyćmiewał swoich rywali na boisku. W końcu nie każdy zawodnik zostaje legendą jednych z dwóch największych włoskich klubów – Juventusu i AS Romy. A przecież na taki status zaczął pracować już podczas gry w Polsce. Jest wychowankiem bydgoskiej Zawiszy, gdzie już jako młody chłopak dał się poznać jako bardzo pewny siebie, buńczuczny, a momentami wręcz bezczelny nie tylko zawodnik, ale i człowiek. Taka łatka towarzyszyła mu zresztą przez całą karierę, a tak naprawdę jest aktualna do dzisiaj. W 1975 roku przeniósł się do Widzewa Łódź. Tam jeszcze mocniej jawił się jako ogromny talent i wielka nadzieja polskiego futbolu. Z łódzkim klubem dwa razy zostawał mistrzem Polski i trzy razy był wicemistrzem. Przez siedem lat zagrał dla „Widzewiaków” w 172 ligowych spotkaniach, w których 50 razy trafiał do siatki. W 1982 roku, tuż przed mundialem w Hiszpanii został oficjalnie ogłoszony jego transfer do Juventusu. Tak na marginesie – wiąże się z nim bardzo ciekawa historia. Kiedy „Juve” zgłosiło się po „Zibiego”, ten miał 26 lat, czyli o dwa za mało by móc dostać oficjalne pozwolenie na zagraniczne przenosiny. Turyńczycy zapłacili za polskiego pomocnika 1,8 miliona dolarów. W tamtych czasach była to kwota robiąca naprawdę piorunujące wrażenie. Żeby jednak nikt w kraju nie robił problemów i zgoda na transfer została wydana, 800 tysięcy dolarów miało trafić do odpowiednich urzędników, którzy wystawiali dokument. W barwach „Starej Damy” Boniek wygrał praktycznie wszystko, co było do wygrania. Mistrzostwo Włoch, Puchar Włoch, Puchar Zdobywców Pucharów, Superpuchar Europy i przede wszystkim – Puchar Europy. Wygrany po pamiętnym, aczkolwiek jednocześnie tragicznym finale z Liverpoolem w 1985 roku na Heysel. Premię za zwycięstwo Boniek przekazał rodzinom 39 ofiar, które poniosły śmierć w zamieszkach przed meczem. Łącznie dla Juventusu wystąpił w 81 potyczkach i zdobył w nich 14 bramek. W tym samym roku przeniósł się do Romy. W 1986 roku zwyciężył z „Giallorossimi” w Pucharze Włoch. Był to jego jedyny puchar zdobyty z ekipą ze Stadio Olimpico. Po trzech latach gry w Rzymie zakończył profesjonalną karierę z dorobkiem 76 spotkań i 17 goli dla Romy. Rozdział reprezentacyjny w przypadku Bońka jest równie frapujący jak jego kariera klubowa, a może nawet jeszcze bardziej. Zadebiutował 24 marca 1974 roku w starciu z Argentyną. Miał on w zwyczaju wszędzie wchodzić z przytupem i z wyraźnym zaznaczeniem swojej obecności. W kadrze było podobnie, co oczywiście nie przypadło do gustu starszyźnie drużyny, która podobno podczas jego symbolicznego „chrztu” tak zbiła rudowłosego młokosa, że ten po wszystkim wybiegł ze łzami w oczach. Później jednak wszystko zaczęło się jakoś układać i Boniek i tak został liderem polskiej kadry. Wystąpił na nieudanych mistrzostwach w Argentynie, gdzie podczas słynnego meczu właśnie z gospodarzami turnieju miał przed wykonaniem przez Kazimierza Deynę rzutu karnego podejść i powiedzieć: „Kaziu, jak się boisz strzelać, to ja to zrobię”. Do dzisiaj trwają spory czy zrobił to w geście troski o kolegę i dobro drużyny czy też zwyczajnie miał na celu zdeprymowanie popularnego „Kaki”, będąc złym, iż to nie on został wyznaczony do tak ważnej roli. Ostatecznie to Deyna wykonywał „jedenastkę” i wiemy jak to się skończyło. Apogeum reprezentacyjnej formy Bońka były mistrzostwa w 1982 roku w Hiszpanii, na których ponownie (tak samo jak w 1974) zostaliśmy trzecią drużyną świata. Szczególnie w pamięci kibiców zapisał się jego występ w drugiej rundzie turnieju przeciwko Belgii, w którym ustrzelił hat-tricka na Camp Nou. Kiedy spotkał się po tym zwycięstwie z polskimi żurnalistami miał do nich żartobliwie krzyknąć: „A teraz dla pana Bońka poproszę krzesło!”. Z powodu zawieszenia za nadmiar żółtych kartoników nie mógł wystąpić w półfinale przeciwko reprezentacji Włoch, w którym polegliśmy 0:2. Z Bońkiem na boisku historia mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. Na mundial 86′ w Meksyku jechał jako kapitan kadry, ale nasi reprezentanci odpadli już w 1/8 finału po dotkliwej porażce 0:4 z Brazylią. Po czempionacie z 1982 roku został trzecim piłkarzem w plebiscycie „France Football” na najlepszego piłkarza Europy. Dokonał tego jako drugi Polak w historii (pierwszym był Deyna). Łącznie wystąpił w 80 reprezentacyjnych grach i zdobył w nich 24 gole. Po zakończeniu kariery skończył studia na warszawskim AWF-ie i odbył kurs trenerski. W tej dziedzinie jednak nie wiodło mu się najlepiej. Był nawet selekcjonerem reprezentacji, ale poprowadził ją w zaledwie pięciu meczach, po których sam złożył rezygnację. Od 2012 roku jest natomiast prezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej i wydaje się, że jest stworzony właśnie do tego typu roli, chociaż należy zaznaczyć, że jest to już jego druga i zarazem ostatnia kadencja na tym stanowisku. W 2017 roku został wybrany na członka Komitetu Wykonawczego UEFA. W 2004 roku legendarny „Król Futbolu” – Pelé umieścił Bońka na liście stu najlepszych żyjących piłkarzy swojego autorstwa, przygotowanej z okazji stulecia FIFA. Jest jedynym Polakiem w tym zestawieniu. Odznaczony w 1982 roku Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W 1997 dostał Order Zasługi Republiki Włoskiej. W 2019 został wybrany do „jedenastki” stulecia PZPN. Piłkarzem był wybitnym, działaczem też jest świetnym i jak powiedział w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” z 2006 roku: „Bo historię polskiego futbolu tworzą działacze, nie piłkarze”.

Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o