Legendy polskiego futbolu [cz. IV]

To już czwarte spotkanie z zasłużonymi polskimi piłkarzami. Spotkanie, które tym razem będzie jeszcze bardziej sentymentalne niż zwykle, gdyż postanowiłem w tej części przywołać sylwetkę nieodżałowanego Kazimierza Deyny. Poświęciłem dla niego nieco więcej miejsca niż dla pozostałych bohaterów naszego dzisiejszego etapu, ale myślę, że nie będą oni mieli mi tego za złe i mam nadzieję, że Państwo również nie. Uważam, iż jest to w pełni zasadne. Zapraszam zatem na czwartą odsłonę „Legend polskiego futbolu”.

CZARODZIEJ ZE STAROGARDU – KAZIMIERZ DEYNA

Podejmując próbę opisania i scharakteryzowania życiorysu oraz kariery tak znamienitej postaci, czuję na sobie nie lada odpowiedzialność. Być może nie jestem odpowiednią osobą by to zrobić. Być może w ogóle mało kto byłby do tego odpowiedni, a dostąpieniem takiego zaszczytu powinni cieszyć się tylko wybrańcy. Może. Ja jednak podejmę się tak karkołomnego wyzwania. Nie będzie łatwo również z tego względu, że Kazimierz Deyna był człowiekiem tak barwnym i charakterystycznym, że doprawdy ciężko będzie opisać wszystko to, co należałoby opisać. Mimo tego – spróbuję. Deyna urodził się w Starogardzie Gdańskim. Miał ośmioro rodzeństwa. Już za czasów szkolnych dało się u niego zauważyć zamiłowanie do sportu i przede wszystkim niesamowite predyspozycje do uprawiania niektórych dyscyplin. Na lekcjach wychowania fizycznego dominował nad pozostałymi rówieśnikami. Bardzo dobrze radził sobie grając w piłkę ręczną oraz był wyróżniającym się lekkoatletą. W piłkę kopaną zaczął grać w wieku 11 lat w miejscowym Włókniarzu. W 1965 roku doszło do bardzo ciekawej sytuacji, bowiem w szranki o usługi młodego, perspektywicznego zawodnika stanęły dwa kluby z Pomorza i jednocześnie zaciekli rywale zarówno na boisku, jak i poza nim – Lechia Gdańsk i Arka Gdynia. Należy tutaj zaznaczyć, że formalnie był on wówczas cały czas piłkarzem Włókniarza. Rodzice niespełna 18-letniego Kazimierza podpisali w jego imieniu kontrakt z „Arkowcami”, co zaowocowało niestety karą zawieszenia za jednoczesne parafowanie umów z dwoma pracodawcami. Kara wynosiła na początku dwa miesiące, potem dziesięć, z tym, że w ramach owego zawieszenia Deyna mógł występować w juniorskiej reprezentacji Polski, natomiast nie mógł uczestniczyć w rozgrywkach klubowych. Mniej więcej pół roku po tym wydarzeniu, wyjechał do Łodzi, do mieszkającego tam swojego brata Henryka. Podjął wtedy treningi z ekipą Łódzkiego Klubu Sportowego. Najpierw zaliczył występ w rezerwach ŁKS-u, w trzecioligowej potyczce z Włókniarzem Białystok. Gdy na tablicy widniał wynik końcowy 7:2 dla łodzian, Deyna mógł świętować zdobycie aż pięciu goli. Dzięki temu już sześć dni później zadebiutował w pierwszej lidze, konkretnie 8 października 1966 roku w zremisowanym bezbramkowo meczu z Górnikiem Zabrze. Niedługo potem, po zaledwie jednym występie na najwyższym szczeblu rozgrywkowym został powołany do wojska, co w związku z panującym wówczas ustrojem było jednoznaczne z przenosinami do najbardziej nielubianego klubu w całej Polsce (poza Warszawą oczywiście) – Legii Warszawa. Grając przy Łazienkowskiej Deyna stał się czczoną do dzisiaj legendą warszawskiego zespołu, a dla kibiców wręcz bóstwem. O popularnym „Kace” wszyscy ludzie związani z Legią pamiętają do tej pory. Zresztą najlepiej niech zaświadczy o tym fakt, że od sezonu 2006/07 jego słynny numer „10”, z którym występował w Legii jest oficjalnie zastrzeżony. Z „Wojskowymi” dwukrotnie cieszył się z tytułu dla najlepszej drużyny ligowej w Polsce i również dwa razy triumfował w rozgrywkach Pucharu Polski. W 1970 roku był półfinalistą Pucharu Europy, odpadając z holenderskim Feyenoordem, późniejszym triumfatorem całych rozgrywek. Przez 12 lat swojej gry w stolicy kraju Deyna zagrał w 390 meczach, w których 141 razy trafiał do siatki. W 1974 zajął rekordowe 3. miejsce w plebiscycie „Złotej Piłki”, plasując się za plecami wybitnych Johana Cruyffa i Franza Beckenbauera, a wyprzedzając m.in. Paula Breitnera z Realu Madryt czy Johana Neeskensa z Barcelony. Deyna dokonał tego będąc zawodnikiem Legii, a więc gracz polskiej drużyny znalazł się w towarzystwie wielkich gwiazd Realu, Barcelony czy Bayernu. Dziś brzmi to jak wariacka fikcja literacka. Sukces ten udało się powtórzyć w 1982 roku Zbigniewowi Bońkowi, ale ten był już wtedy graczem Juventusu. Te dwa trzecie miejsca po dziś dzień są najlepszymi wynikami polskich zawodników w tym prestiżowym głosowaniu. W 1978 roku Deyna wyjechał z Polski do Anglii. Podpisał kontrakt z Manchesterem City. Tam jednak nie mógł wpasować się w angielski styl gry, trenerzy także mieli problem z ustawieniem polskiego rozgrywającego na boisku. Nie mogli znaleźć dla niego odpowiedniego miejsca i „wkleić” w taktykę drużyny tak, by mógł pokazać pełnię swoich nietuzinkowych umiejętności. W barwach „The Citizens” rozegrał zaledwie 38 spotkań i zdobył 12 goli. Kolejnym przystankiem Deyny było amerykańskie San Diego Sockers. Była to dla niego swoista piłkarska emerytura. Mimo tego okres ten obfitował w życiu „Kazika” w wiele interesujących wydarzeń. W 1981 roku zagrał w filmie „Ucieczka do zwycięstwa” u boku wielu byłych fenomenalnych piłkarzy, jak chociażby Pelé, a także znakomitych aktorów (Sylvester Stallone, Michael Caine). W 1988 roku Kazimierz Deyna założył klub The Legends, z siedzibą w meksykańskiej Tijuanie. Zespół wzorowany był na koszykarskim Harlem Globetrotters, a jego celem miało być popularyzowanie piłki nożnej w Ameryce Północnej, w szczególności w USA. Organizował obozy sportowe dla młodych adeptów futbolu, tak zwane „Kaz Deyna World Soccer Camp”. Jego wielkim marzeniem był powrót do Polski i założenie w ojczyźnie szkółki piłkarskiej. Marzenie to jednak nigdy się nie spełniło. Jeśli chodzi o reprezentację Polski, Deyna przez dziesięć lat przywdziewał koszulkę z orzełkiem na piersi. Wystąpił w 97 spotkaniach. Zdobył w nich 41 bramek. Był uczestnikiem wielkich reprezentacyjnych sukcesów – złotego medalu na Olimpiadzie w Monachium (został królem strzelców tego turnieju z dziewięcioma trafieniami na koncie), srebrnego na Olimpiadzie w Montrealu i przede wszystkim trzeciego miejsca na Mistrzostwach Świata w RFN w 1974 roku. Był wiodącą postacią zespołu Pana Kazimierza Górskiego, swoistym generałem jego armii. Chociaż może bardziej trafne byłoby określenie – porucznikiem. Deyna był wszak oficerem Ludowego Wojska Polskiego w stopniu porucznika. Sam legendarny selekcjoner naszej kadry nazywał go „dyspozytorem reprezentacji”. Po mundialu ’74 wiele europejskich klubowych potęg zgłosiło się po naszego znakomitego zawodnika. Miały to być takie ekipy jak Milan, Inter, Real Madryt, Bayern czy Monaco. A to tylko podobno niektóre z zainteresowanych. Jako wojskowy nie mógł jednak wyjechać do krajów członkowskich NATO. Zgodę na transfer dostał dopiero po mistrzostwach w Argentynie, cztery lata później. Tam też odbył się mecz, który niejako prześladował Deynę do końca życia – spotkanie w drugiej rundzie czempionatu właśnie z „Albicelestes”, w którym to „Kaka” nie wykorzystał rzutu karnego, a „Biało-Czerwoni” polegli w ostatecznym rozrachunku 0:2. Wielu ekspertów podkreśla, że pomimo elegancji, maestrii i nawet pewnej bezczelności, jakie prezentował na murawie, na co dzień był bardzo cichy i zamknięty w sobie. Ale był taki tylko do momentu, aż gdzieś w pobliżu nie pojawiła się piękna kobieta. Wtedy zmieniał się o 180 stopni. Kazimierz Deyna zginął tragicznie w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1989 roku, kiedy to wracając do domu sześciopasmową autostradą uderzył swoim Dodgem Coltem w zaparkowanego prawidłowo na pasie awaryjnym ciężarowego Forda F-600. Miał znacząco przekroczyć dopuszczalną prędkość na tym odcinku. Podobno był również pod wpływem alkoholu. Został pochowany w San Diego, jednakże w 2012 roku urna z prochami Deyny została sprowadzona do Polski i złożona na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Jego indywidualnych osiągnięć jest tak dużo, że nie sposób zawrzeć tutaj wszystkie, dlatego postaram się wybrać te najważniejsze. W 1971 roku został obdarzony przez PZPN tytułem „Mistrza Sportu” za wielokrotne reprezentowanie polskich barw. W 1974 odznaczony został Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Przez tygodnik „Piłka Nożna” wybrany najlepszym polskim piłkarzem XX wieku. W 2008 roku brytyjski tygodnik „The Sunday Times” wyróżnił Deynę miejscem wśród 50 najwybitniejszych graczy Manchesteru City. Zajął w tym zestawieniu 47. lokatę. W zeszłym roku został wybrany do „jedenastki” stulecia PZPN. 2019 był również oficjalnie ogłoszonym przez Legię rokiem Deyny. Jego postać była przez całe 12 miesięcy wspominana przy różnego rodzaju okazjach czy wydarzeniach klubowych. W sezonie 1975/76 w spotkaniu z Górnikiem, Deyna dostał jedyną w karierze czerwoną kartkę. To właśnie wtedy kibice Legii zaśpiewali kultową już dzisiaj przyśpiewkę skierowaną do arbitra prowadzącego to spotkanie: „Deyna Kazimierz, nie rusz Kazika bo zginiesz!”. Kiedy wszyscy zachwycali się jego kółeczkami w środku pola i uderzeniami po długim słupku, on sam skromnie przyznawał: „Wszyscy usiłują trafić w bramkarza, bo on przyciąga piłkę. Ja celuję w słupki. Kiedy piłka przeleci po niewłaściwej stronie, nikt nie ma do mnie pretensji. Kiedy wpadnie do bramki przy słupku, mówią, że jestem geniusz, a ja nie protestuję. Ale tak naprawdę moja skuteczność wynosi około 50 procent.”. Skromny, a jednak genialny. Takiego właśnie go będziemy pamiętać. Już zawsze.

ZABRZAŃSKA SKAŁA – STANISŁAW OŚLIZŁO

Nigdy nie bał się wchodzić w pojedynki z napastnikami, którzy z czasem zaczęli już nawet drżeć na jego widok. Mimo to wszyscy zgodnie podkreślają po latach, że przy tym zawsze, zarówno na murawie, jak i poza nią, cechowała go elegancja i iście dżentelmeńska postawa. Wieloletni kapitan i legenda Górnika Zabrze, Stanisław Oślizło bezapelacyjnie zasługuje na miejsce w zestawieniu wybitnych polskich piłkarzy. I chociaż wielokrotnie był on pomijany w tego typu rankingach, ja nie mogę odmówić sobie przyjemności przybliżenia Państwu sylwetki polskiego stopera. Oślizło urodził się w Jedłowniku, czyli dzielnicy Wodzisławia Śląskiego. Swoją piłkarską przygodę zaczynał w drużynie Kolejarza Wodzisław Śląski. Później występował jeszcze w Kolejarzu Katowice oraz w Górniku Radlin. Do Zabrza trafił w 1960 roku i jak się okazało – Górnik został klubem jego życia, a Oślizło jego legendą. Dla młodszych graczy był wzorem do naśladowania, służył dobrą radą, pomocną dłonią. Śmiało można powiedzieć – urodzony przywódca. Kiedy „Górnicy” sprowadzili młody talent, z którym wiązali spore nadzieje, niejakiego Włodzimierza Lubańskiego, o którym tak na marginesie jeszcze sobie co nieco powiemy, to właśnie Stanisławowi przypadła rola opiekuna i mentora młodego snajpera. Trenerzy byli przekonani, że to idealne zadanie dla kogoś takiego jak on. Nie mylili się. Oślizło spędził przy Roosevelta 12 lat, rozgrywając w tym czasie 296 spotkań i zdobywając 3 gole. Jednego z nich strzelił w finale Pucharu Zdobywców Pucharów w 1970 roku, w przegranym niestety meczu z Manchesterem City. Do dzisiaj pozostaje on jedynym strzelcem gola dla polskiej drużyny w finale europejskiego pucharu. 22 kwietnia bieżącego roku minęło natomiast równo 50 lat od ostatniego, trzeciego półfinałowego starcia w wymienionych powyżej rozgrywkach z włoską AS Romą. O ostatecznym triumfie Górników i awansie do finału zadecydował słynny rzut monetą. Kapitanem polskiej drużyny był wówczas właśnie Stanisław Oślizło i to on stanął do tej iście losowej rozgrywki. Szybko wskazał sędziemu, że wybiera zieloną stronę monety, druga była natomiast koloru czerwonego. Gdy żeton wzbił się w powietrze, nastąpiła chwila konsternacji, ale kiedy polski obrońca zauważył, że kolor monety leżącej już na ziemi zlewa się z barwą murawy, wyrzucił ręce w górę w geście triumfu. Relacjonujący to spotkanie, legendarny polski komentator, Jan Ciszewski krzyczał: „Polska, Górnik, brawo, brawo! A więc proszę Państwa, sprawiedliwości stało się zadość!”. Zdanie to przeszło zresztą do historii polskiego sportu. Oślizło 8 razy zdobywał tytuł mistrza Polski. Co ciekawe, jako jedyny zawodnik w Europie sześć razy wygrywał Puchar Polski jako kapitan i dzięki temu to trofeum dostało się w ręce zabrzańskiej drużyny na własność. Górnik jest jedynym polskim klubem, który dokonał tej sztuki. W reprezentacji grał przez 10 lat i również był jej kapitanem. W biało-czerwonych barwach wystąpił 57 razy i raz udało mu się trafić do siatki rywali. Podczas jednego ze spotkań, gdy przeciwnikiem naszych „Orłów” była wielka Brazylia, Oślizło przypadł zaszczyt gry przeciwko jednemu z najwybitniejszych futbolistów w historii – Edsonowi Arantesowi do Nascimento, czyli po prostu Pelé. Gdy nasz defensor wygrał jeden z pojedynków główkowych ze słynnym Brazylijczykiem, ten poklepał go po ramieniu i pochwalił: „Bueno, bueno”. Chociaż najwyższy nie jest (178 cm wzrostu), to w trakcie swojej kariery zawsze brylował w powietrzu. Umiejętność wyskoku zawdzięczał, jak sam podkreśla, doświadczeniu z gry w siatkówkę. Po zakończeniu kariery próbował swoich sił jako trener, prowadząc m.in. ekipy Piasta Gliwice, GKS-u Katowice czy właśnie Górnika. W 2001 roku, decyzją ówczesnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za „wybitne zasługi dla rozwoju sportu piłkarskiego, za działalność społeczną”. Od 2014 roku jest także członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta. W niedawnej rozmowie z Wojciechem Marczykiem z redakcji sportowej RMF FM, tak wspominał jedną z największych, o ile nie największą przygodę swojej kariery, czyli finał z Manchesterem City: „Na pewno w dniu finału nie byliśmy tym Górnikiem, który grał w Grecji z Olimpiakosem, z Glasgow Rangers, z Levskim czy nawet z Romą. My na pewno Manchesteru nie zlekceważyliśmy, bo to był zdobywca Pucharu Anglii, więc nie byle jaki zespół. Musieliśmy się jednak pogodzić z tą porażką. Przykro nam było. Z którym z uczestników tego spotkania by pan nie rozmawiał, to na pewno czuje to samo. Na pewno z rozmowami z piłkarzami z tej drużyny trzeba się śpieszyć, bo już coraz mniej nas jest”.

CZŁOWIEK, KTÓRY ZATRZYMAŁ ANGLIĘ” – JAN TOMASZEWSKI

Chyba nikt, nawet on sam, nie spodziewał się po spotkaniu z 10 października 1971 roku z RFN, że za prawie dokładnie dwa lata będzie gloryfikowany i wynoszony w Polsce pod niebiosa. Winą za porażkę 1:3 z naszymi zachodnimi sąsiadami został obarczony właśnie Tomaszewski. Było to jego debiutanckie spotkanie w kadrze, zatem nikt nie miał większego problemu, żeby wskazać przysłowiowego „kozła ofiarnego”. 17 października 1973 roku stał się za to bohaterem narodowym. Było to kluczowe spotkanie w kwestii awansu do mundialu ’74. Polacy, chcąc wystąpić na tej imprezie, byli zobligowani do odniesienia zwycięstwa lub zremisowania tego meczu. Dzięki fantastycznej postawie polskiego golkipera udało się uzyskać rezultat 1:1, który premiował naszych reprezentantów wyjazdem na Mistrzostwa Świata. Tomaszewski skapitulował tylko raz – po strzale Allana Clarke’a z jedenastu metrów. Wskazanie na „wapno” było jednak wówczas niesłuszne. Belgijski arbiter, Vital Loraux użył gwizdka po starciu w „szesnastce” Adama Musiała i Martina Petersa. Angielski zawodnik przyznał się po latach w swojej autobiografii do symulowania w tamtej sytuacji i sam stwierdził, iż tamten rzut karny nie powinien zostać podyktowany. Przed owym starciem nikt nie dawał „Biało-Czerwonym” żadnych szans, nawet na remis. Szczególnie naszych piłkarzy deprecjonowała angielska prasa, nazywając ich chociażby „amatorami”. Sam Tomaszewski dorobił się miana „klauna” i „najgorszego bramkarza grającego na Wembley”. Już po wszystkim natomiast, Ci sami dziennikarze użyli wobec niego legendarnego już, wciąż żywego określenia, mianowicie powiedziano, a w zasadzie to napisano o nim – „człowiek, który zatrzymał Anglię”. Sam zainteresowany nie uważa jednak siebie za swoistego zbawcę naszej drużyny narodowej w tamtym spotkaniu: „Jeszcze raz podkreślę – człowiek, który zatrzymał Anglię to Pan Kazimierz Górski i jedenastu nas – zawodników, bo nie zmienił żadnego z nas”. Patosu całej historii związanej z potyczką z reprezentacją „Synów Albionu” dodaje fakt, iż od 10. minuty meczu polski bramkarz grał z kontuzjowaną ręką. Był on również filarem reprezentacji na Mistrzostwach Świata w RFN. Zagrał we wszystkich siedmiu spotkaniach w jakich przyszło się mierzyć naszym „Orłom” i jako pierwszy bramkarz w historii światowego czempionatu obronił dwie „jedenastki” na jednym turnieju. Uznanie wobec swoich wyczynów na tamtych mistrzostwach znalazł nawet w oczach „Króla Futbolu” – Pelé, który określił naszego rodaka „najlepszym bramkarzem świata”. Wystąpił także na Olimpiadzie w Montrealu, podczas której Polacy wywalczyli srebrne medale. W 1978 był członkiem kadry na nieudanym mundialu w Argentynie, ale zagrał wówczas w 4 z 6 meczów. Tomaszewski reprezentował polskie barwy narodowe przez 10 lat, w latach 1971-1981, a jego licznik zatrzymał się na 63 występach. Jeśli chodzi o karierę klubową, to należy wspomnieć, że urodził się we Wrocławiu i w tamtejszym Śląsku rozpoczynał przygodę z zawodowym futbolem. 18 sierpnia 1968 zadebiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej, wchodząc na boisko w 62. minucie wyjazdowej potyczki z Odrą Opole. Kolejnym klubem urodzonego we Wrocławiu zawodnika była Legia Warszawa. Dwuletnia przygoda ze stołecznym klubem nie była jednak zbyt udana – w ciągu dwóch lat zagrał raptem 19 meczów. Silną i ugruntowaną pozycję udało mu się zbudować dopiero po przenosinach do ŁKS-u. Zadomowił się tam na sześć lat, wystąpił w 155 grach i, co ciekawe, zdobył nawet gola! Jedynego oficjalnego w karierze. Miało to miejsce w 1973 roku w wygranym 2:0 starciu z Odrą Opole, gdy w 79. minucie wykorzystał rzut karny. Następnie grał jeszcze w belgijskim Beerschot VAC oraz w hiszpańskim Hérculesie Alicante, by w 1982 roku wrócić do Polski i w barwach Łódzkiego Klubu Sportowego zakończyć karierę. Próbował swoich sił jako trener, ale niestety jego starania nie przynosiły wymiernych efektów dla prowadzonych przez niego drużyn. Piastował funkcję menedżera m.in. w ŁKS-ie oraz w Widzewie. W latach 1989-1990 był trenerem bramkarzy w reprezentacji selekcjonera Andrzeja Strejlaua. Między słupkami zawsze cechowała go zimna krew i opanowanie. Podczas treningów uwielbiał nabijać się ze swoich kolegów, broniąc ich uderzenia od niechcenia lub udając, że nie robią one na nim żadnego wrażenia. Został odznaczony Złotym i Srebrnym Medalem za Wybitne Osiągnięcia Sportowe. Jeszcze całkiem niedawno Tomaszewski próbował „bawić się” w politykę, a obecnie jest ekspertem piłkarskim, słynącym z ciętego języka i mocno kontrowersyjnych wypowiedzi. Miana legendy polskiego futbolu odmówić mu jednak w żaden sposób nie można.

POLSKI FENOMEN – WŁODZIMIERZ LUBAŃSKI

Urodzony w Gliwicach, mierzący 178 cm wzrostu, najwybitniejszy obok Roberta Lewandowskiego polski napastnik. Nie jest to jedynie moja subiektywna opinia – taki osąd potwierdzają liczby. W 75 spotkaniach w reprezentacji ustrzelił 48 goli. Jest to drugi wynik w historii naszej kadry. Przez bardzo długi czas pozostawał nie do pobicia dla kolejnych polskich snajperów. Dopiero 5 października 2017 roku w wyjazdowym spotkaniu eliminacyjnym do mundialu w Rosji rozgrywanym przeciwko Armenii, Lewandowski zdobywając hat-tricka przebił osiągniecie Lubańskiego. Kariera śląskiego zawodnika, mimo wielu sukcesów, mogła potoczyć się zgoła inaczej. Jej momentem zwrotnym była kontuzja odniesiona w zwycięskim spotkaniu z Anglią w Chorzowie 6 czerwca 1973 roku. Lubański naruszył więzadło krzyżowe, przez co zanotował dwuletni rozbrat z piłką. Przez to napastnik Górnika Zabrze nie pojechał na mundial do Republiki Federalnej Niemiec. Do dzisiaj dyskutuje się o tym co by było, gdyby Lubański nie zmagał się z urazem i wystąpił na turnieju. Wielu ekspertów i analityków twierdzi, że Polacy nie wróciliby wówczas jako trzecia ekipa świata, ale jako pierwsza. Dziś nie jesteśmy już jednak w stanie stwierdzić tego w 100% i jest to jedynie rozdrapywanie starych ran. Do Lubańskiego należą również inne historyczne rekordy reprezentacyjne. Wciąż jest najmłodszym piłkarzem, który zagrał dla „Biało-Czerwonych” i najmłodszym strzelcem w historii reprezentacji. W momencie debiutanckiego trafienia do siatki miał 16 lat i 188 dni. Oprócz tego jest graczem z najdłuższym stażem w kadrze. Występował w niej przez 17 lat i 21 dni. Dokładnie tyle minęło od momentu jego debiutu do ostatniego meczu w reprezentacji Polski. Karierę rozpoczynał w Sośnicy Gliwice, z której trafił do GKS-u Gliwice. Stamtąd w 1963 roku przywędrował do Zabrza, gdzie jego kariera nabrała iście piekielnego tempa. Pierwszego gola zdobył już w debiucie, w wygranym 4:0 spotkaniu z Arkonią Szczecin. Ogółem dla „Trójkolorowych” wystąpił w 315 spotkaniach, w których strzelił 228 goli. Jest 7-krotnym mistrzem Polski oraz 6-krotnym zdobywcą Pucharu Polski. Cztery razy z rzędu, w latach 1966-69 był królem strzelców I ligi. Jest pierwszym polskim zawodnikiem odnotowanym w plebiscycie tygodnika „France Football” na najlepszego piłkarza Europy. Zajął wówczas 16. pozycję. W 1970 roku, czyli w roku, w którym Górnik zadziwił całą Europę, włodarze Realu Madryt przybyli do Polski by negocjować transfer Lubańskiego. Zainteresowanie „Los Blancos” było naprawdę ogromne, jednakże podobnie jak wielu innym polskim zawodnikom w tamtym okresie, tak i Lubańskiemu władze państwowe zabroniły wyjazdu za granicę. Dopiero w 1975 roku opuścił Polskę na rzecz Belgii. „Miałem też propozycje z innych klubów: Atlético Madryt i Feyenoordu Rotterdam. Wybrałem jednak Lokeren, bo sądziłem, że po tak ciężkiej kontuzji łatwiej będzie mi wrócić do gry w trochę mniej znanym klubie. Zresztą z Lokeren, poza sukcesami w lidze belgijskiej, graliśmy też w pucharach europejskich. Przyjechał tu również Grzegorz Lato, z którym graliśmy wspólnie przez dwa lata” – wspominał po latach w rozmowie z „Głosem Pomorza”. W KSC Lokeren występował przez siedem lat. W 196 meczach 82 razy pokonywał bramkarzy rywali. Potem przez rok grał we francuskim Valenciennes. W 31 starciach zdobył 27 goli i został królem strzelców II ligi francuskiej. W tamtych rozgrywkach trenerem ekipy „Les Athéniens” był Erwin Wilczek, wieloletni zawodnik Górnika Zabrza i były kolega z szatni Lubańskiego. W latach 1983-1985 był grającym trenerem zespołu Stade Quimper, a karierę zakończył po zagraniu jednego spotkania w belgijskim KRC Mechelen. Miał wówczas 39 lat. Na stałe osiadł w Belgii. Trenował młodych piłkarzy Anderlechtu i Lokeren. W 2003 roku został wybrany najlepszym polskim piłkarzem 50-lecia UEFA. W 2011 roku został pierwszym historycznym Honorowym Ambasadorem Górnika Zabrze. Posiada m.in. tytuł Zasłużonego Mistrza Sportu oraz Złotą Odznakę PZPN z 1972 roku. Ponadto odznaczony został Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Lubański do dzisiaj jest najlepszym strzelcem w historii zabrzańskiej drużyny. Jednym tchem wymieniany jest wśród najznamienitszych sław zarówno polskiego piłkarstwa, jak i całego polskiego sportu. „Gdyby nie to (kontuzja – przyp. red.), Włodek zostałby taką gwiazdą, jak teraz Leo Messi czy Cristiano Ronaldo. Przed kontuzją Lubański był gwiazdą światowego formatu. Po kontuzji ciągle potrafił być genialny, ale długa walka o powrót na boisko wiele go kosztowała” – wspominał na łamach „Przeglądu Sportowego” Henryk Loska, nieżyjący już niestety legendarny działacz Górnika.

Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "Legendy polskiego futbolu [cz. IV]"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Włodek
Gość

Panie Jakubie jak zwykle trafił Pan w dziesiątkę.Wybór wyśmienity.Zawsze myślałem,że Henio Kasperczak będzie drugim Kaką,mało brakło no i oczywiście Szymkowiak z Wisełki.Od kilku lat obserwuję zawodnika obecnie Zagłębia Lubin tj…………Miał największe szanse być kopią Kazia D.
Złe ustawienia przez trenerów przyczyniły się do zmarnowania kolejnego talentu.Wiek chyba już nie pozwoli mu na zaistnienie.Kilka razy widziałem jego zagrania na żywo.Niesamowity.Czasami karnych nie trafiał celnie jak Kaka.Wykropkowałem ale wiem,że Pan wie ,że chodzi mi o Stawiarskiego.