Legendy polskiego futbolu [cz. III]

To już trzeci tydzień, w którym podróżujemy w czasie i wspominamy monumentalne postacie polskiego piłkarstwa. Dziś czekają kolejni i wprost przebierają nogami by opowiedzieć swoje ekscytujące historie. Przed Państwem obiecana trzecia część „Legend polskiego futbolu”.

FILMOWY BOHATER I BOŻYSZCZE KOBIET – JAN BANAŚ

Banaś jest bodaj jedynym ze wspomnianych w całym cyklu bohaterów, który doczekał się ekranizacji o swojej osobie. Film „Gwiazdy” z 2017 roku w reżyserii Jana Kidawy-Błońskiego opowiada historię niezwykle burzliwego życia i równie nietuzinkowej kariery Jana Banasia. Kariery, która mogła potoczyć się zupełnie inaczej, aniżeli miało to miejsce w rzeczywistości. I pomyśleć, że wszystko przez jego ojca. Paul Helmig przez 23 lata nie utrzymywał z synem żadnego kontaktu. Kiedy jednak o umiejętnościach i talencie młodego skrzydłowego zaczęło się mówić także za naszą zachodnią granicą, były żołnierz niemieckiej armii nagle przypomniał sobie o swoim potomku. Napisał list i obiecał Banasiowi kontrakt w jednym z czołowych niemieckich klubów. Jednak w związku z obowiązującym wówczas zakazem gry za granicą, Heinz-Dieter Banas (urodził się w Berlinie i do 1967 roku używał takiego imienia i nazwiska) zdecydował się na ucieczkę z kraju. Udało się. Ale obietnice i zapewnienia ojca okazały się jednym wielkim kłamstwem. W dodatku ten próbował jeszcze Banasia oszukać, bowiem na kwitku, który chciał podsunąć mu do podpisania widniał zapis, iż zastrzega sobie 10% od kwoty każdego kolejnego transferu syna. Chciał po prostu w perfidny sposób na nim zarobić. Banaś na owej ucieczce nic nie zyskał, ale za to niestety wiele stracił. W 1967 roku wrócił do Polski i znów występował w Polonii Bytom. Był wiodącą postacią reprezentacji. Jego brawurowe rajdy po skrzydle wywoływały boiskową panikę w szeregach rywali. Nie wszystko rysowało się jednak w tak kolorowych barwach, a konsekwencje nie do końca przemyślanej decyzji o wyjeździe okazały się być nieubłagane. Banaś miał zakaz wyjazdu do Republiki Federalnej Niemiec, pod jakimkolwiek pretekstem. I właśnie przez to koło nosa przeszły mu dwie wielkie imprezy i jednocześnie dwa wielkie sukcesy kadry narodowej – Olimpiada w 1972 roku i Mistrzostwa Świata w 1974. Obydwa te turnieje odbyły się właśnie w RFN. Polski piłkarz z niemieckimi korzeniami nie mógł zatem dopisać do swojego dorobku ani złotego medalu olimpijskiego, ani mundialowego srebra (wówczas za trzecie miejsce przyznawało się nie brązowy, a srebrny medal). „Janek”, jak wołali na niego na rodzinnym Śląsku, żałuje tego do dzisiaj. „Ominęły mnie dwie imprezy w latach, w których byłem w najlepszej formie, życiowej” – wspominał w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”. Najwięcej meczów zagrał dla bytomskiej Polonii – 145. Ustrzelił w nich 50 goli. Do Górnika przeniósł się w 1969 roku i w trakcie swojej 6-letniej gry dla zabrzańskiej drużyny wystąpił dla niej w 124 spotkaniach i zdobył 35 bramek. Może pochwalić się dwoma tytułami mistrza Polski oraz trzema triumfami w krajowym pucharze wraz z ekipą „Górników”. W kadrze jego licznik zatrzymał się na 31 występach i 7 golach. Prócz boiskowych poczynań, wielką legendą obrosły również miłosne podboje Banasia. „Parę fajnych dziewczyn miałem, spikerek z telewizji na przykład. Na Śląsku są najładniejsze kobiety, to korzystałem.” – przyznaje po latach. Mimo wszystko dodaje też, że naprawdę zakochany był tylko raz w życiu i swojej szansy nie wykorzystał. Czym się jeszcze Banaś wyróżniał spośród innych piłkarzy? Pasją do aut. Szczególnie tych sportowych. Po transferze do Górnika zakupił czerwonego Forda Mustanga. Wówczas w całym naszym pięknym kraju jeździło jedynie pięć takich „cacuszek”. W tym jedno Banasia.

PO PROSTU „ZYGA” – ZYGFRYD SZOŁTYSIK

Kolejna legenda pochodząca ze Śląska. Ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – to właśnie Śląsk jest kolebką polskiego futbolu. Szołtysik urodził się w Suchej Górze, będącej dzisiaj dzielnicą Bytomia. Jest wychowankiem chorzowskiego Zrywu, natomiast, jak nie trudno się domyślić, złote lata swojej kariery spędził w Zabrzu. Mimo, iż Zygfryd od małego pałał ogromnym uczuciem do piłki nożnej, jego ojciec pragnął by syn został zawodowym skrzypkiem. Pewnego razu postanowił więc podarować chłopcu pod choinkę własnoręcznie wykonane przez siebie skrzypce. Nie był to jednak najlepszy pomysł – „Zyga” spodziewając się zgoła innego prezentu szybko pozbył się niechcianego podarku, rozbijając go z hukiem o podłogę. Był to dla rodziny jasny znak, że nikt i nic nie będzie w stanie powstrzymać Szołtysika przed realizowaniem marzeń o byciu piłkarzem. W 1962 roku trafił do Górnika, gdzie szybko wpasował się do zespołu. Premierowe trafienie zaliczył już w swoim debiutanckim meczu przeciwko Cracovii. Zdobył tego gola głową. I nie byłoby w tym zupełnie nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż Szołtysik mierzy 162 centymetry wzrostu. Z tego względu niektórzy nazywali go „Małym”. Niewielki wzrost tuszował jednak swoją niebanalną techniką i fantastycznym przeglądem boiska. O współpracy Szołtysika z Lubańskim do dziś w Zabrzu krążą legendy. Ileż to goli padło po akcjach tej dwójki. Szołtysik był uczestnikiem znamiennego sezonu 1969/70, w którym to „Górnicy” po pokonaniu Olympiakosu, Glasgow Rangers, Lewskiego Sofia i uporaniu się w „trójmeczu” z AS Romą, dotarli do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Tam jednak minimalnie lepszy okazał się Manchester City. Mecz zakończył się zwycięstwem Anglików 2:1. Szołtysik był w tamtych rozgrywkach wiodącą postacią, walnie przyczyniając się swoimi liczbami do sukcesu śląskiej ekipy. Z małą, roczną przerwą na grę we francuskim Valenciennes, „Zyga” rozegrał łącznie w barwach „Trójkolorowych” 395 gier, co do dzisiaj stanowi najlepszy wynik w historii klubu. Udało mu się również aż 91 pokonywać bramkarzy rywali. 7-krotnie zdobywał mistrzostwo Polski, a sześć razy przyszło mu unosić w górę w geście triumfu Puchar Polski. W reprezentacji wystąpił w 60 meczach i ustrzelił 13 goli. Jest złotym medalistą z Monachium z 1972 roku. Dodatkowo zajął również 2. miejsce na Mistrzostwach Europy do lat 19 w Portugalii w 1961 roku. Oficjalnie karierę zakończył w 1990 roku, w wieku 48 lat. Należy do Klubu Wybitnego Piłkarza Śląska. Od 2014 roku jest także członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta. Jego świetna gra została nawet niegdyś dostrzeżona przez francuski tygodnik „France Football”. Rzadko jest to wspominane, a uważam, że należy to podkreślić – w 1967 roku zajął 26. miejsce w plebiscycie „Złotej Piłki”. Takich to mieliśmy wtedy wspaniałych piłkarzy.

ULUBIENIEC WARSZAWY – ROBERT GADOCHA

29 marca 1975 roku PZPN oraz Ministerstwo Sportu wydają Gadosze oficjalną zgodę na zagraniczny transfer. Tym samym staje się on pierwszym polskim piłkarzem, któremu udzielono pozwolenia na grę na zachodzie Europy. Przeprowadza się zatem do Francji by zakładać koszulkę FC Nantes. Spędził tam trzy lata, ale większych sukcesów nie odniósł, bo prześladowały go liczne urazy. Co prawda zdobył mistrzostwo Francji, ale nie miał przy nim wielkiego udziału, bowiem wystąpił w tamtym sezonie w zaledwie dziewięciu meczach. Największe triumfy Gadocha święcił grając w barwach Legii. Z „Wojskowymi” zdobył dwa mistrzostwa kraju i jeden Puchar. Wystąpił dla nich w 279 spotkaniach i strzelił w nich 88 goli. Na boisku wyróżniał się wyjątkową dynamiką, szybkością i fantastycznym prowadzeniem piłki, ale także niebywałą ambicją. Składając te wszystkie cechy do kupy – kibice stołecznej drużyny wprost pokochali swojego skrzydłowego. Na jego cześć ułożyli nawet specjalną przyśpiewkę: „Robert Gadocha, Roberta Warszawa kocha!”. Mimo wielu jasnych aspektów jego kariery są też takie, które pozostawiły pewną rysę na jego wizerunku. A konkretnie jeden. Gadocha podczas mundialu w 1974 roku miał przyjąć od reprezentacji Argentyny kwotę rzędu 18 tysięcy dolarów. Celem takiego zabiegu było upewnienie się, iż Polacy mający już wówczas pewny awans do kolejnej fazy turnieju, wygrają z Włochami, ponieważ tylko zwycięstwo „Biało-Czerwonych” dawało awans reprezentantom „Albicelestes”. Jak okazało się po latach, pełna kwota miała wynosić aż 24 tysiące i pochodzić z premii za awans wszystkich argentyńskich zawodników oraz ich dwóch trenerów. Te pieniądze naszym kadrowiczom przekazać miał niejaki Rubén Ayala, który jednak na wstępie zagospodarował sześć tysięcy wyłącznie dla siebie. Resztę miał wręczyć Gadosze, który nie zdecydował się nimi podzielić z kolegami z kadry. Ostatecznie Polacy wygrali z przeciwnikami z półwyspu Apenińskiego 2:1, po bramkach Szarmacha i Deyny. Sam zainteresowany zarzeka się oczywiście, że żadnych pieniędzy nigdy od nikogo nie wziął. Prócz tej, miał on jednak znacznie więcej przygód w reprezentacji Polski. Przede wszystkim były one o wiele bardziej chwalebne. Na wspomnianych już złotych dla nas Igrzysk Olimpijskich z 1972 roku strzelił aż 6 goli. Co ciekawe, na turniej przyjechał z kontuzją. Wiele osób pukało się w głowę, kiedy Pan Kazimierz Górski zdecydował się powołać kontuzjowanego piłkarza. Gadocha wyleczył się jednak na czas i, jak już wiemy, odwdzięczył się selekcjonerowi za okazane zaufanie w najlepszy możliwy sposób. Jest także zdobywcą gola z pamiętnego eliminacyjnego starcia do mundialu z Anglią rozegranego 6 czerwca 1973 roku w Chorzowie. Wygraliśmy wówczas 2:0. Chodzą słuchy, iż w rzeczywistości ową bramkę zdobył wspomniany wyżej Jan Banaś, choć oficjalnie przypisana jest ona Gadosze. Z kolei na Mistrzostwach w 1974 został wybrany najlepszym lewoskrzydłowym całego turnieju oraz mógł pochwalić się zaszczytnym miejscem w najlepszej „jedenastce” niemieckiego czempionatu. Po Olimpiadzie ’72 w naszym kraju popularny był pewien żart. Fani mówili, że: „Jeśli urodzi nam się syn, to damy mu na imię Robert, a jak córka, to Gadocha”.

WKŁADAŁ GŁOWĘ TAM, GDZIE INNI NIE WŁOŻYLIBY NOGI – ANDRZEJ SZARMACH

Gra głową to jego znak rozpoznawczy. I chociaż ogromnym wzrostem nigdy się nie legitymował (178 cm), to praktycznie od zawsze słynął z fantastycznego wyskoku. Tę wyjątkową umiejętność nabył podczas treningów siatkarskich, na które uczęszczał jeszcze w czasach szkolnych. Wiele razy podczas relacji meczowych wypowiadano w jego kontekście frazę, która dziś stała się wręcz kultowa, mianowicie – „Szarmach wkłada głowę tam, gdzie inni boją się włożyć nogi”. Bez wątpienia było to prawdą. We wszelakich pojedynkach powietrznych polski napastnik zawsze bezpardonowo atakował futbolówkę i nie dawał przeciwnikom w tego typu starciach najmniejszych szans. Zresztą wynikiem tego jest trzykrotne złamanie nosa, jakiego doznał w trakcie swojej kariery. Jest wychowankiem Polonii Gdańsk, z której w 1971 roku przeniósł się do Arki Gdynia. Ekipę „Żółto-Niebieskich” opuścił jednak po ledwie jednym sezonie na rzecz Górnika Zabrze. Przy Roosevelta spędził cztery lata, rozgrywając w tym czasie 105 meczów i zdobywając dla zabrzan 49 goli. Kolejnym przystankiem w jego karierze był Mielec. Tam również zagrzał miejsce przez cztery lata, reprezentując Stal w 102 spotkaniach, w których 60 razy trafiał do siatki. W 1980 roku po wydaniu zgody przez Centralny Ośrodek Sportu, przeniósł się do francuskiego Auxerre. Załatwienie takiego oficjalnego pozwolenia na transfer kosztowało nową drużynę Szarmacha okrągłe 100 tysięcy dolarów. Tam Polak stał się prawdziwą ikoną klubu, przywdziewając jego barwy w 148 spotkaniach i zdobywając dla niego aż 94 bramki. Dwa lata z rzędu, w 1981 i w 1982 roku, był uznawany przez tygodnik „France Football” najlepszym zagranicznym zawodnikiem całej Ligue 1. Co ciekawe, we francuskiej ekipie dzielił szatnię z trzema Polakami – Marianem Szeją, Zbigniewem Szłykowiczem oraz Józefem Klose, ojcem Miroslava Klose, najlepszego strzelca w historii Mistrzostw Świata i reprezentacji Niemiec. W reprezentacji Szarmach także zapisał piękną kartę. W latach 1973-1982 zagrał w 61 spotkaniach w kadrze i ustrzelił w nich łącznie 32 gole. Jest uczestnikiem dwóch historycznych mundiali, na których nasza reprezentacja zajmowała trzecie miejsca (RFN ’74 i Hiszpania ’82). W 1976 roku na Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu wywalczył srebrny krążek i został królem strzelców turnieju z 6 bramkami na koncie. Swoistym mitem natomiast obrosło już niewystawienie Szarmacha w półfinałowym starciu z Italią w 1982 przez selekcjonera Antoniego Piechniczka. Dramaturgii tej decyzji dodał również fakt, iż ówczesny lider naszej kadry – Zbigniew Boniek, nie mógł wystąpić w tym meczu z powodu zawieszenia za nadmiar żółtych kartek. Koniec końców, polegliśmy z Włochami 2:0, po dwóch golach znakomitego Paolo Rossiego. Do dziś spekuluje się czy o niedesygnowaniu do gry popularnego „Diabła” (pseudonim Szarmacha, który zawdzięczał swojemu „główkowaniu” i rudej czuprynie) zdecydowała niechęć trenera, jaką wykazywał w stosunku do zawodnika, czy też odgórny przykaz od władzy, której nie w smak miał być ewentualny scenariusz, gdzie wybawicielem reprezentacji narodowej miał zostać zawodnik grający poza granicami kraju. Jak było naprawdę? Tego prawdopodobnie nie dowiemy się już nigdy. Niestety. Szarmach odwiesił buty na kołek w wieku 39 lat, będąc graczem Clermont Foot. W 2005 roku został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Był także oficjalnym ambasadorem EURO 2012, rozgrywanego na boiskach Polski i Ukrainy.

Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Legendy polskiego futbolu [cz. III]"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Włodek
Gość

To są naprawdę miłe wspomnienia.Szkoda,że minęły-tęsknota za młodością.Jako młody chłopak
chodziłem na spotkania Górnika,pamiętam Banasia,Szołtysika,Szarmacha,Lubańskiego i wielu innych.To była europejska drużyna.Identyczna sytuacja dotyczy Legii.Dziękuję Panu za kolejny artykuł.Kopię mam na kompie.Kibic.