Bezsenność w Polsce, czyli o Polakach w UFC słów kilka

Ostatnie trzy weekendy nie pozwoliły polskim fanom mieszanych sztuk walk na dużą ilość snu (przynajmniej w nocy), matchmakerzy UFC zapewnili kibicom znad Wisły dużą dawkę emocji tydzień po tygodniu zestawiając kolejno walki Jana Błachowicza w Rio Rancho, Karoliny Kowalkiewicz i Michała Oleksiejczuka w Auckland oraz Marcina Tybury podczas gali w Norfolk. Warto dodać, że w najbliższy weekend o pas kategorii słomkowej zawalczy była mistrzyni UFC, Joanna Jędrzejczyk. Jednak to nie na tej walce chciałbym się w tym momencie skupić, myślę, że warto podsumować to co w ostatnich trzech tygodniach zaprezentowali w oktagonie największej organizacji MMA na świecie biało-czerwoni.

Zacznijmy chronologicznie, od 15 lutego i gali w Rio Rancho, podczas której Jan Błachowicz podjął próbę zrewanżowania się Corey’owi Andersonowi za porażkę z 2015 roku. „Cieszyński Książę” zabił Andersona w pierwszej rundzie, można kończyć podsumowanie, dziękuje za uwagę, zapraszam za tydzień.

Dobra, warto dodać coś więcej, mimo że o tej walce powiedziano i napisano już wszystko. Nie chcę dlatego skupiać się na samej walce, a bardziej na szansach Błachowicza na walkę z Jonem Jonesem i wyboistej drodze jaką musiał przejść w UFC, aby znaleźć się w tym miejscu, w którym obecnie się znajduje Polak.

Wydaje się, że Błachowicz jest pierwszym pretendentem do walki o pas z Jonem Jonesem, ponieważ patrząc na oficjalny ranking UFC kategorii półciężkiej widzimy, że pierwszym na liście zawodnikiem, który w ostatnim czasie nie miał okazji skrzyżować rękawic z obecnym mistrzem jest właśnie Polak.

Dominick Reyes tydzień przed wiktorią Błachowicza uległ na punkty Jonesowi, dla wielu ta decyzja była kontrowersyjna i domagają się rewanżu. Takie rozwiązanie byłoby gwoździem do trumny title shota Janka, ponieważ w razie wygranej Reyesa, UFC na pewno zorganizuje trzecią walkę Amerykanów. To może zablokować dywizje półciężką na minimum kolejny rok. Bądźmy szczerzy, dla Janka może się okazać za długo, biorąc pod uwagę to, że Polak nie kalkuluje i przyjmuje tych rywali, których przedstawia mu UFC.

Następny w rankingu jest Thiago Santos, który po walce z Jonesem musiał poddać się operacji i blisko rok jest poza oktagonem UFC, mało prawdopodobne aby po tak ciężkiej kontuzji jakiej doznał powrócił od razu na walkę o pas mistrzowski.

I ostatnim zawodnikiem, który wyprzedza „Cieszyńskiego Księcia” w rankingu kategorii półciężkiej jest Anthony Smith, który również w zeszłym roku walczył o tytuł mistrza. Ten jednak ma już zaplanowaną walkę na 25 dzień kwietnia, a jego rywalem będzie Glover Teixeira.

Co zatem stoi na przeszkodzie, aby to Polak został następnym rywalem Jonesa i żebyśmy my, polscy kibice MMA mieli powód do kolejnej bezsennej nocy?

Ano „kulturalny trash-talk” Janka i zapewne pieniążki moi drodzy czytający me wypociny.

Jan Błachowicz jest na fali 3 zwycięstw z rzędu, w ostatnich 8 pojedynkach 7 razy jego ręka wędrowała po walce w górę. Z takimi wynikami w większości kategorii wagowych już dawno byśmy odliczali dni do pojedynku o pas i zastanawiali się nie nad tym, czy dany zawodnik dostanie szanse walki z mistrzem, tylko czy ma szanse mu sprostać.

Warto zaznaczyć, że mówimy o kategorii wagowej, która cytując jednego z włodarzy KSW „jest w dupie”, jeżeli chodzi o sytuacje rankingową.

W pierwszej 10-tce rankingu mamy dwóch zawodników, którzy ogłosili przejście na emeryturę (Alexander Gustafsson) lub przeszli kategorie wyżej (Daniel Cormier), wspomnianych przeze mnie wyżej Santosa, Smitha i Teixeire, pokonanego przez Janka, Andersona oraz Volkana Oezdemira, który pokonał w ostatniej swojej walce sklasyfikowanego na 10 miejscu w rankingu Aleksandara Rakicia. Dwóch ostatnich panów również możemy wykluczyć z dywagacji o następnym rywalu dla Jonesa.

Sytuacja jest klarowna i przejrzysta, następny w kolejce jest Jan Błachowicz, obecność Jonesa na walce Polaka tydzień po jego obronie tytułu w walce z Reyesem nie była przypadkowa. Obecnie możemy wierzyć, że trwa budowanie hype’u na ten pojedynek, który mógłby się odbyć prawdopodobnie w lipcu podczas International Fight Week w Las Vegas.

Być może i Błachowicz na papierze nie ma argumentów na bycie tym, który zdetronizuje niepokonanego tak naprawdę Jonesa (jedyna porażka Amerykanina to dyskwalifikacja w walce z Mattem Hamillem), ale to już nie pierwszy raz gdy bardziej medialny zawodnik na plecach Jana miał dojść do walki o pas, tak Panie Rockhold, do Pana mówię.

Niezależnie czy do mistrzowskiej walki Jana Błachowicza dojdzie czy nie, trzeba zaznaczyć, że i tak zrobił i osiągnął najwięcej w historii polskiego, męskiego MMA w UFC, walka mistrzowska byłaby idealnym zwieńczeniem jego drogi, drogi zawodnika, który pokazał, że ambicją i ciągłą chęcią rozwoju można osiągnąć szczyt.

Przejdźmy do wydarzeń, które miały miejsce 22 lutego w Nowej Zelandii, a konkretnie w Auckland. Podczas tego wydarzenia polscy kibice musieli przełknąć nie jedną, ale aż dwie gorzkie pigułki w postaci dwóch porażek naszych reprezentantów. Swoją walkę przegrała Karolina Kowalkiewicz w pojedynku z Yan Xiaonan, a wyższość reprezentanta gospodarzy Jimmy’ego Crute’a uznać musiał Michał Oleksiejczuk.

Jako, że Panie przodem zacznijmy od reprezentantki łódzkiego Shark Top Team Karoliny Kowalkiewicz. Polka do tej walki przystępowała jak do pojedynku o być albo nie być w UFC, po czterech porażkach z rzędu, w tym po bardzo ciężkim nokaucie z rąk Jessici Andrade.

Niestety ten pojedynek również nie potoczył się na korzyść naszej reprezentantki i musiała ona uznać wyższość Chinki, zaliczając piątą porażkę z rzędu w oktagonie amerykańskiej organizacji. Karolina jednak od początku pojedynku musiała niestety mierzyć się nie tyle z rywalką co z koszmarną kontuzją oka, przez którą nie mogła po gali wrócić do Polski ze względu na możliwość pogorszenia stanu zdrowia.

W porównaniu do opisanej wcześniej sytuacji Jana Błachowicza, Karolina Kowalkiewicz znalazła się na przeciwległym biegunie w UFC. Po walce z Yan Xiaonan wypadła z rankingu kategorii słomkowej, dodając do tego fakt, że w ostatnich 8 pojedynkach jest bilans to 2 zwycięstwa i 6 porażek, a ostatnio w organizacji zwalniania jest duża ilość zawodników to przygoda łodzianki z UFC mogła zakończyć się właśnie 22 lutego w Nowej Zelandii.

Co prawda kobiece dywizje rządzą się nieco innymi prawami i nawet zawodniczki z ujemnymi bilansami zwycięstw i porażek dostają szansę walki w UFC, to ja jednak miałbym nadzieje, że ze względu na zdrowie Karolina będzie rozważać zakończenie kariery, zrobiła bardzo wiele dla polskiego MMA.

W tym momencie, jeżeli miałbym mówić o przyszłości Karolina Kowalkiewicz w UFC to widzę ją jako typową gatekeeperkę dla nowych zawodniczek w organizacji, które trzeba sprawdzić z kimś na wysokim poziomie, ale jednak spoza rankingu. To niestety może okazać się bardzo złe dla Karoliny, bo będzie to typowe „rzucanie na pożarcie” zawodniczkom wchodzącym do UFC.

Jeżeli jednak Karolina dostanie kolejną szansę w UFC to myślę, że powinna jej rywalką być zawodniczka o podobnej charakterystyce, oczywiście spoza rankingu i raczej myślałbym o tej walce w kategoriach pożegnalnych i takiej, która zapewni Karolinie możliwość pożegnania się z kibicami zwycięstwem. Cortney Casey wydaje się rywalką, z którą w następnej walce może zmierzyć się Karolina.

Drugim naszym reprezentantem, który walczył podczas gali w Auckland był Michał Oleksiejczuk, popularny „Lord” jak już wspomniałem został poddany przez reprezentanta gospodarzy po absolutnej dominacji zapaśniczej.

Michał Oleksiejczuk wszedł do UFC z drzwiami pokonując w debiucie Khalila Rountree jednak wynik tej walki został zmieniony na no contest ze względu na wpadkę dopingową Polaka, po powrocie z zawieszenia zaliczył dwa zwycięstwa i niestety po gali w Nowej Zelandii ma na koncie dwie porażki z rzędu.

Znając to, jak działa UFC, Michał w następnej walce może dostać debiutanta w organizacji, walkę którą musi wygrać aby zostać w organizacji. Moim zdaniem powinien jednak poczekać z powrotem do organizacji i być może zmienić kategorię wagową na średnią.

Michał w dniu walki ważył 96 kilo, dla porównania jego ostatni rywal 102 kilo. Jimmy Crute zapytany o wagę po walce z Polakiem, gdy usłyszał, że jego rywal ważył 96 kilo odpowiedział „ahh, waga średnia”. 96 kilo w dniu walki to dla zawodnika wagi półciężkiej bardzo mało i to było widoczne w ostatnim pojedynku, gdzie Crute całkowicie zdominował „Lorda”.

Taką wagę osiągają w dniu walki najwięksi średni tacy jak Yoel Romero czy Paulo Costa. Michał niestety walcząc w kategorii półciężkiej będzie odstawał warunkami fizycznymi co może się przełożyć na porażki Polaka.

Ciężko wyrokować z kim mógłby zmierzyć się w następnej walce podopieczny Mirosława Oknińskiego, wszystko zależy również od tego, czy Michał nie zdecyduje się zmienić kategorii wagowej. Być może sztab trenerski dojdzie z zawodnikiem do wniosku, że warto spróbować ścinać wagę do 84 kilogramów.

W wadze średniej ciekawym z perspektywy polskiego kibica mogłoby być starcie z Krzysztofem Jotko, który po walce „Lorda” wbił szpilkę trenerowi Oknińskiemu, co prawda Krzysztof Jotko ma już zaplanowany pojedynek, ale jak wspominałem Michał Oleksiejczuk powinien zrobić sobie krótką przerwę od startów w oktagonie.

W przypadku pozostania w kategorii wagowej do 93 kilo ciekawym zestawieniem na odbudowanie dla „Lorda” mógłby być Tyson Pedro, który miał również walczyć w Auckland, lecz ostatecznie musiał wycofać się ze swojego pojedynku.

Ostatnim i szczęśliwie pozytywnym omawianym reprezentantem Polski jest Marcin Tybura. „Tybur” do walki z Sergeyem Spivakiem przystępował w podobnej sytuacji co Karolina Kowalkiewicz. Pochodzący z Uniejowa zawodnik przystępował do pojedynku z Mołdawianinem po dwóch nokautach z rzędu, a w sumie po 4 porażkach w ostatnich 5 walkach.

Wydawało się, że walka ze Spivakiem jest o pozostanie w organizacji, tym bardziej że „Niedźwiedź Polarny” pokonał w ostatniej walce Taia Tuivase przez poddanie trójkątem rękoma.

„Tybur” zaprezentował się jednak bardzo solidnie i zdominował swojego rywala w parterze. O pozostanie w organizacji Tybura może być moim zdaniem spokojny, ponieważ waga ciężka, mówiąc delikatnie do najmocniejszych w UFC na pewno nie należy.

Kolejna wygrana może dać Marcinowi Tyburze powrót do rankingu wagi ciężkiej, w którym Polak znajdował się już nawet na 8 miejscu.

Patrząc w oficjalny ranking UFC i w ranking najlepszych zawodników kategorii ciężkiej serwisu Tapology naturalnym zestawieniem dla Tybury wydaje się być walka z idącym jak burza Cyrilem Gane, ten jednak ma zaplanowaną już walkę z niedawnym rywalem Tybury, Shamilem Abdurakhimovem. Kto inny w takim razie? Być może przegrany z wymienionej przed chwilą walki lub będący na 14 miejscu w rankingu UFC Sergei Pavlovich. Sam Polak jako swojego kolejnego rywala wskazał Brazylijczyka, Marcosa Rogerio de Limę. Miejmy nadzieję, że Marcin Tybura jeszcze nawiąże do swoich najlepszych występów w amerykańskiej organizacji i niczym Jan Błachowicz odrodzi się po gorszym momencie w swojej karierze.

Nam, polskim kibicom MMA pozostał jeszcze main-event tych 4 weekendów z rzędu z naszymi zawodnikami. Kolejną bezsenną i miejmy nadzieję szczęśliwą noc przyniesie nam Joanna Jędrzejczyk podczas UFC 248 w walce o pas kategorii słomkowej, który spróbuje odebrać Weili Zhang. Cóż, wyśpimy się w następnych tygodniach marca, bo w dalszej części roku możemy mieć jeszcze wiele powodów do zarywania nocy.

Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o