Rekordowy Robert

Towar eksportowy. Polski strzelec wyborowy. Nasze wspólne dobro narodowe. Tego typu określeń padało pod adresem naszego bohatera w ostatnich latach mnóstwo. Oczywiście padały również te mniej pochlebne, ale były one często nie poparte żadnymi racjonalnymi argumentami, a poza tym nie mam zamiaru ich w tym tekście przytaczać. Robert Lewandowski staje się powoli żywą legendą Bundesligi, o ile już nią nie jest. Dwa najmocniejsze w ostatnim czasie niemieckie zespoły miały zaszczyt i radość (Bayern ma je cały czas) korzystania z piłkarskich usług Polaka. Usług pierwszej jakości. Bo przecież Lewandowski okupuje piątą pozycję w klasyfikacji najlepszych strzelców wszech czasów w Bundeslidze, a wśród strzelców z za granicy stoi na najwyższym stopniu podium. I wydaje się, że głód sukcesów u polskiego napastnika cały czas tylko rośnie…

Myślę, że w 2010 roku, gdy Robert przechodził z Lecha Poznań do Borussii Dortmund, mało kto wróżył mu taką karierę na niemieckich boiskach. Już w Dortmundzie, pod wodzą Jürgena Kloppa dał się poznać wszystkim kibicom z najlepszej strony. Momentem kulminacyjnym, w którym Bayern postanowił, że musi mieć Polaka u siebie był prawdopodobnie pamiętny finał Pucharu Niemiec z 2012 roku, w którym to BVB pokonało Bawarczyków aż 5:2, a Lewandowski popisał się fantastycznym hat-trickiem, który po prostu zmiażdżył ekipę z Allianz Arena. Wtedy świetne spotkanie rozegrał również Kuba Błaszczykowski, który zanotował dwie asysty. 103 gole w 187 spotkaniach we wszystkich rozgrywkach mówią wszystko o zasługach polskiego napastnika dla klubu z Zagłębia Ruhry. Po niesamowicie emocjonującym półfinałowym dwumeczu z Realem Madryt doprowadził również Dortmundczyków do pierwszego od 1997 roku finału Champions League, w którym to jednak Borussia poległa na Wembley 1:2 z… Bayernem. Ostatecznie po licznych spekulacjach transferowych „Lewy” wylądował w Monachium w 2014 roku i występuje tam do dziś.

Etap w stolicy Bawarii również nie był ani nie jest dla polskiego snajpera tylko i wyłącznie usłany różami. Od hucznych zmian na ławce trenerskiej, licznych spekulacji dotyczących transferu, po fatalną niemożność triumfu w najważniejszych i najbardziej prestiżowych rozgrywkach, czyli oczywiście w Lidze Mistrzów. Zresztą brak uszatego pucharu w CV jest dość często Polakowi wytykany. Zarzucano mu również nieobecność, brak goli w najważniejszych meczach i niechęć do wzięcia na siebie odpowiedzialności za dobro drużyny. Te wszystkie pretensje na pewno są dosyć dużą zadrą w sercu „RL9”, ale miejmy nadzieję, że nasz napastnik będzie jeszcze miał okazję, aby wznieść w niebo to najpiękniejsze piłkarskie trofeum. Mimo to „Lewy” dość szybko stał się idolem monachijskich kibiców. Regularnie od momentu pojawienia się w klubie zdobywa wraz z Bayernem mistrzostwo, bijąc na głowę konkurentów w walce o tytuł. Strzela bramki jak chce i komu chce. Już dwa razy był królem strzelców w barwach „Die Roten”. Ogółem w 236 meczach w koszulce FCB Robert trafiał do siatki aż 186 razy. I to właśnie w barwach najlepszej niemieckiej ekipy udało mu się zyskać miano najbardziej bramkostrzelnego obcokrajowca Bundesligi.

Bo to przecież właśnie w Bundeslidze Lewandowski czuje się jak ryba w wodzie. Co ciekawe biorąc pod uwagę tych najwybitniejszych i najskuteczniejszych snajperów niemieckiej ligi to właśnie Polak jest najbliżej legendarnej średniej goli Gerda Müllera, która wynosi 0,85 gola na mecz. Ta Roberta to 0,71. Robi wrażenie, prawda? Ale to nie wszystko. Warto zwrócić uwagę na to w jaki sposób polski bomber zdobywał swoje bramki. Otóż swoją mocniejszą prawą nogą ustrzelił ich 132, lewą – 38, 30 razy piłka przekraczała linię bramkową po uderzaniach głową i raz po odbiciu się od klatki piersiowej monachijskiej „dziewiątki”. Mitycznego idola wszystkich niemieckich kibiców, wspomnianego wyżej Müllera, który dzierży palmę pierwszeństwa w klasyfikacji wszech czasów z 365 trafieniami na koncie wyprzedzić się raczej „Lewemu” nie uda, bądźmy realistami. Ale złamanie i przekroczenie granicy 250, a może nawet i 300 goli wydaje się trudnym, ale możliwym do zrealizowania celem. Wszystko też uzależnione jest od tego ile jeszcze czasu Robert pogra na Allianz Arenie. Podobno pierwsze rozmowy na temat przedłużenia kontraktu napastnika już się odbyły i raczej nic nie stoi na przeszkodzie by Lewandowski jeszcze przez kilka dobrych lat cieszył swoimi kolejnymi bramkami sympatyków 28-krotnego mistrza Niemiec.

Żaden polski kibic nie przejdzie obojętnie obok nazwiska Lewandowski. Nawet żaden zagraniczny kibic na pewno go nie zlekceważy, ponieważ niewątpliwie jest on postacią nietuzinkową i obecnie chyba najbardziej znanym żyjącym Polakiem na świecie. My oczywiście będziemy również życzyć „Lewemu” jako liderowi i kapitanowi naszej kadry narodowej, poprowadzenia jej do sukcesu w turnieju międzynarodowym. Życzymy mu również wygrania Champions League, aby ta swego rodzaju rysa raz na zawsze zniknęła z jego wizerunku piłkarskiego. Robert zapewne stanie się najlepszy w jeszcze jednym zestawieniu – najskuteczniejszych polskich piłkarzy silnych europejskich lig. Pierwsze miejsce w tej klasyfikacji zajmuje obecnie Krzysztof Warzycha, który w lidze greckiej zdobył 244 gole. Dla „RL9” zdobycie takich 44 bramek w Bundeslidze nie powinno być dużym problemem. Czekajmy zatem na jeszcze więcej w wykonaniu „Lewego” i cieszmy się naszym wspólnym piłkarskim dobrem narodowym, które podziwiają i potrafią docenić nawet sami Niemcy…

Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o